Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inwestowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inwestowanie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2014

IKZE a umowa zlecenia i o dzieło

IKZE, czyli indywidualne konto zabezpieczenia emerytalnego to jedno z rozwiązań mających zachęcić nas do samodzielnego odkładania (oszczędzania, inwestowania) pieniędzy na emeryturę. Czy jest ono dobre czy złe - czas pokaże, ale jak to zawsze bywa wiele osób z tego rozwiązania korzysta, a wiele je krytykuje.

Zaletą IKZE jest to, że możemy od dochodu już teraz odliczyć do 4% dochodu, który wpłacamy na IKZE. Największym minusem jest to, że nie wiemy jaka stopa oprocentowania będzie obowiązywała te oszczędności w momencie przejścia na emeryturę. Jednak wpłaty na IKZE nie są możliwe zawsze. Skorzystać z odliczenia możemy, jeśli:
- pracujemy na podstawie umowy o pracę
- pracujemy na umowę o dzieło i opłacamy składki emerytalne
- pracujemy na umowę zlecenia i opłacamy składki emerytalne.

Wszystkie osoby osiągające więc dochody z umowy zlecenia i o dzieło, które nie płacą składki emerytalnej z tego rozwiązania skorzystać nie mogą. W praktyce dotyczy to bardzo dużej liczby osób - w tym mnie. Jednak w dalszym ciągu możemy skorzystać z odliczenia, jeśli pracujemy na umowę o pracę.

Jeśli umowa o pracę opiewa na 3000 złotych brutto, to miesięczne odliczenie wynosi 120 złotych, 1440 złotych w skali roku. I właśnie ta kwota obniży nam podstawę opodatkowania o blisko 260 złotych w tym przypadku.

Jednak opłaca się w końcu zakładać IKZE czy nie? W mojej ocenie tak, ale tylko w przypadku agresywnego inwestowania tych pieniędzy. Jeśli mają leżeć na koncie oszczędnościowym - raczej nie będzie to miało sensu. Jeśli trafią do agresywnych funduszy inwestycyjnych czy też do biura maklerskiego - rozwiązanie okazać się może korzystne. I właśnie z tego ostatniego rozwiązania korzystam.

sobota, 16 listopada 2013

Złoto, złoto, złoto - a nie mówiłem?

Źródło: dailymail.co.uk
Pewnie duża grupa osób zainteresowanych inwestowaniem w złoto będzie się trzymać kurczowo swojej opinii, że złoto jest idealnym zabezpieczeniem portfela na czas kryzysu. W takim razie kryzys jest już za nami.

W ciągu ostatniego roku poruszałem temat złota co najmniej dwa razy, we wpisach pt. "Masturbacja ceną złota" oraz "Złoto nie świeci już tak mocno". Przypomnę jedynie, że złoto nie jest dla mnie produktem inwestycyjnym, a spekulacyjnym - nie przynosi żadnych dochodów (jak mieszkanie - czynsz, lokata - odsetki, czy akcje - dywidenda). Ale do rzeczy. O czym będzie dzisiejszy wpis?

Złoto na początku tego roku kosztowało jakieś 1690 dolarów. Obecnie kosztuje jakieś 1290 dolarów - spadek o blisko jedną czwartą to potężna strata dla inwestorów. Sprawę tą poruszono również w listopadowym numerze magazynu Forbes, pokazując przykład około 30% straty klientów funduszy zarabiających na złocie. Ale prawdziwą informacją roku był dla mnie komentarz Pana Macieja Kołodziejczyka, który jest niesamowicie odkrywczy :). Oto on:

"W mojej ocenie każdy upływający tydzień zwiększa szanse na to, że będziemy mieli do czynienia z końcem korekty."

Serio?! 


Rynek złota ma to do siebie, że jest spekulacyjny. Gdyby ktoś w styczniu powiedział, że cena złota spadnie o 25% - większość osób powiązanych z tym rynkiem stukałaby się w głowę. A przecież nic się nie stało - nie wybuchła żadna katastrofalna wojna, nie powstały nowe kopalnie złota w olbrzymiej ilości, a świat nie zmienił się mocno. Jeśli więc (jak pisałem na początku) złoto jest zabezpieczeniem na czas kryzysu to czy oznacza to, że kryzys minął? Nie, oznacza to jedynie tyle, że nie ma to żadnego znaczenia. Rynkiem złota rządzą spekulanci i częściowo przemysł (który z kolei nie zmienia popytu gwałtownie). Jeśli interesuje Cię ono jako sposób pomnażania pieniędzy - zastanów się dwa razy. 

Na koniec przypomnę jeszcze cytat sprzed roku:

"- Jestem przekonany, że złoto ostatecznie dojdzie do poziomu 5 000 USD za uncję – twierdzi Peter Schiff, szef Euro Pacific Capital."
Oczywiście Peter, oczywiście.

niedziela, 7 lipca 2013

Złoto nie świeci już tak mocno

Złoto to w ostatnich latach świetny temat na prognozy i świetny (?) sposób na inwestowanie. Warto wspomnieć chociażby o prognozach, w których złoto przekraczało cenę 2000, 5000 czy nawet 10 000 dolarów za uncję! Przyjrzyjmy się jednak temu, jak to wygląda faktycznie. Ten wykres przedstawia cenę złota w złotówkach, za ostatni rok:

Źródło: mennicawroclawska.pl

Jakiś czas temu pisałem w artykule pod tytułem "Masturbacja ceną złota" dość niewybrednie na temat prognoz ceny złota. Zdecydowanie krytykowałem inwestycje w ten kruszec i zdecydowanie krytykować będę dalej, podobnie jak to jest w przypadku Bitcoinów. Wydarzenia z ostatnich kilku miesięcy wyraźnie wskazują na to, że prognozy pewnego wzrostu lub spadku na jakimkolwiek instrumencie finansowym są czystym wróżeniem z fusów, które przeważnie nie ma żadnych podstaw. Dlatego też zdecydowałem się jakiś czas temu na ogłoszenie oficjalnie, że moim zdaniem złoto osiągnie kiedyś cenę "pierdyliarda dolarów za uncję". 

W moim przekonaniu złoto sprawdza się jedynie w urządzeniach, biżuterii i numizmatach. Osobiście nie uważam, że inwestowanie w złoto jest faktycznym inwestowaniem. Dla mnie to w dalszym ciągu jedynie spekulacja, co idealnie udowadnia to tak dramatyczny spadek ceny złota. Podobnie zresztą, jak to miało miejsce w przypadku wirtualnej waluty o której ostatnio jest tak głośno.

Sposobów na pomnażanie własnych pieniędzy jest całe mnóstwo, dlatego każdy z nas powinien samodzielnie wybrać te rozwiązania, które mu pasują. jeśli ktoś wierzy, że ceny w Czechach dalej będą stały w miejscu, a korona będzie się umacniała wobec złotówki - może warto kupić trochę koron czeskich? Albo kilka hektarów ziemi, skoro prognozujemy wzrost cen żywności? Ale czy na pewno warto interesować się produktami, na których zarabia się jedynie spekulując? Takimi dla mnie są właśnie złoto i Bitcoin. I choć złoto ma jeszcze inne zastosowania, to w ostatnich latach spekulanci zdecydowanie się zatracili. Ciekawe, kiedy nastanie moda na inwestowanie w paciorki i muszelki.

Podsumowaniem niech będzie komentarz jednego z czytelników tego bloga pod innym postem, który napisał:

"Ciesz się, że nie kupowałeś złota w dostawie terminowej (dostawa za dwa miesiące, płatność dzisiaj) :)"

Dobre podsumowanie, Rafał! 

niedziela, 9 czerwca 2013

Inwestowanie w srebro: monety

Osobiście jestem zdecydowanym przeciwnikiem inwestowania pieniędzy w złoto i zdecydowanym przeciwnikiem inwestowania dużych pieniędzy w srebro. Jeśli miałbym wybierać, w co zainwestować pieniądze, to żaden z tych metali raczej nie byłby moim wyborem. Nie zmienia to jednak faktu, że posiadam niewielką ilość gotówki zamrożoną w postaci srebrnych monet, które kupowałem jeszcze kilka lat temu. Całe szczęście, nie były to mocno przewartościowane numizmaty, bowiem trzymałem się bardzo prostej zasady, którą dziś chciałbym wam przedstawić.

Źródło: Platine.pl

Najpopularniejszym sposobem inwestowania w srebro jest kupowanie monet bulionowych lub też srebra lokacyjnego w sztabkach. Moja strategia, której dziś również bym się trzymał, zakładała kupowanie monet tanich, wykonanych z tego kruszcu. Jak to działa? W bardzo prosty sposób.

Załóżmy, że w dniu czytania tego postu zobaczysz cenę srebra na poziomie 74 złotych za uncję. Oczywiście mówimy o cenach giełdowych podawanych w dolarach amerykańskich i przeliczonych na złotówki. W tym samym czasie raczej trudne będzie znalezienie srebrnych monet lub sztabek sprzedawanych po cenie niższej niż 95-100 złotych, choć czasem uda się to nam uczynić, na przykład na serwisach aukcyjnych.

Moja strategia zakładała jednak kupowanie nie sztabek, a monet. I to monet emitowanych przez nasz Narodowy Bank Polski, a wyprzedawanych przez kolekcjonerów czy spekulantów.

W chwili pisania tego posta znalazłem monetę o nominale 10 złotych, wyemitowaną w 2004 roku. Powstanie Warszawskie. Masa: 14,14 g, próba: 925. No i teraz w szybki sposób obliczmy, ile jest czystego srebra w tej monecie, mnożąc jej masę przez próbę. Otrzymana wartość to 13,0795g. Musimy teraz obliczyć ile procent uncji stanowi ta wartość, dzielimy więc otrzymany wynik przez 28,3495. Wychodzi nam wynik na poziomie 46,1366% wagi uncji. Teraz wystarczy przemnożyć to przez cenę podaną wcześniej, czyli 74 złote i otrzymany wynik to 34,1389 zł. Tyle warte jest czyste srebro zawarte w tejże monecie. Obecnie kupić ją można po cenie 41 złotych + koszt przesyłki, co czyni tę transakcję nieopłacalną. Podobnie zresztą jak zakup zwykłej sztabki.

Źródło: e-kolekcjoner.pl

Czasem jednak udaje się znaleźć prawdziwe perełki, które sprzedawane są poniżej ceny samego kruszcu! Kilka lat temu udało mi się zakupić między innymi kilka monet XXX-lecie PRL, które wraz z ceną przesyłki kosztowały mnie mniej, niż wart był sam kruszec. Warto więc obserwować ceny, bo czasem możemy zaopatrzyć się w całkiem tanie metale szlachetne. Szczególnie polecam to rozwiązanie wszystkim katastrofistom, którzy wierzą w rychły upadek pieniądza drukowanego i metale szlachetne jako jedyny słuszny element przyszłej wymiany.

czwartek, 30 maja 2013

Jeśli chcesz się napić piwa, to kup cały browar!

Dziś chciałbym wam przedstawić nieco kontrowersyjny, ale bardzo interesujący (moim zdaniem) eksperyment myślowy i ekonomiczny. Zacznę od popularnego powiedzenia:

"Jeśli chcesz się napić piwa, to czy od razu musisz kupować cały browar?"
Te słowa zna chyba większość Polaków. Do tego chciałbym wam dodać jedną historię, którą dawno, dawno temu gdzieś słyszałem.

Pewien inwestor był wyśmiewany przez swoich kolegów, bowiem bardzo chętnie wybierał się na zakupy ze swoją żoną. Robił to zawsze, kiedy mógł. Gdy żona kręciła się między półkami sklepowymi, on zawsze pilnował wózka i jeździł z nim za żoną. W międzyczasie spoglądał, co żona umieszcza w koszyku na zakupy i skrzętnie to notował. Zapisywał nazwy firm, w które później inwestował pieniądze. Jak się okazało, odnosił spore sukcesy, w przeciwieństwie do wyśmiewających go wcześniej kolegów.

Do czego zmierzam? Do faktycznego sposobu na inwestowanie firmy, które produkują rzeczy, które kupujemy każdego dnia. Załóżmy, że codziennie intensywnie korzystam z samochodu i tankuje tylko i wyłącznie na stacjach jednego koncernu. Dla przykładu uznajmy, że jest to firma X. Załóżmy też (niekoniecznie zgodnie z prawdą), że:

- przychody spółki to 107 000 złotych
- zysk spółki to 2 000 złotych
- wartość giełdowa to 23 000 złotych
- wydatki na paliwo wynoszą 500 złotych miesięcznie, 6 000 złotych rocznie

Oznacza to, że osobiście generuję:
- 5,61% przychodów spółki
-  spółka zarabia na mnie około 112 złotych
- za około 1290 złotych mogę kupić udziały, które odpowiadają moim przychodom

Idąc dalej tym tropem, mógłbym teoretycznie otrzymywać dywidendę, która pokrywałaby częściowo moje wydatki na paliwo. Tylko z kapitału. Jeśli firma byłaby większa, to mógłbym zainwestować więcej pieniędzy - do tego stopnia, że otrzymywana dywidenda pokrywałaby koszty zużywanego przeze mnie paliwa.

Zastanawia mnie jednak sposób inwestowania zbliżony do tego: jeśli odpowiadam za 0,01% przychodów firmy to może warto by posiadać te 0,01% akcji danego przedsiębiorstwa? W ten sposób ja osobiście mógłbym stać się posiadaczem akcji na przykład:
- firmy produkującej śledzie (jeśli jem ich dużo)
- firmy szyjącej garnitury (jeśli kupuję kilka rocznie)
- firmy sprzedającej buty (bo do nowego garnituru warto kupić nowe)
- firmy produkującej piwo (jeśli codziennie po pracy wypijam kufelek)
Oczywiście powyższy eksperyment myślowy związany jest z bardzo silnym przywiązaniem do marki - jeśli mogę, to kupuję produkt danej firmy. Jeśli więc chce mi się pić a uwielbiam CocaColę, to kupuję ją za każdym razem, gdy mogę ją znaleźć gdy jestem spragniony. Jeśli kupuję piwo, to zawsze jednej korporacji. Jeśli kupuję buty, to tylko w jednej firmie je sprzedającej.

Minusem jest oczywiście konieczność interesowania się poszczególnymi spółkami, jednak jeśli inwestujemy na giełdzie, to i tak się tym zajmujemy. A gdy produkowany przez firmę produkt przestaje nam odpowiadać - po prostu sprzedajemy akcje i inwestujemy je na przykład w Lotos zamiast Orlenu.

Co myślicie o takim sposobie inwestowania?

sobota, 16 marca 2013

Bitcoin? Katastrofa przed nami

Raz na jakiś czas mam okazję rozmawiać z pewnym moim znajomym na tematy ekonomiczne. Ponieważ jest on gorącym zwolennikiem waluty Bitcoin - dziś specjalnie dla niego dedykuję swój wpis.

Czym są Bitcoiny? Jak informuje wikipedia:

"Bitcoin – cyfrowa waluta pierwotnie zaprojektowana w 2009 przez osobę o pseudonimie Satoshi Nakamoto[4]. Nazwa odnosi się także do używającego jej otwartoźródłowego oprogramowania oraz sieci peer-to-peer, którą formuje. „Bitmonety” mogą zostać zapisane na komputerze osobistym w formie pliku portfela lub przetrzymywane w prowadzonym przez osoby trzecie zewnętrznym serwisie zajmującym się przechowywaniem takich portfeli. W każdym z tych przypadków Bitcoiny mogą zostać przesłane do innej osoby przez Internet do dowolnego posiadacza adresu Bitcoin."

Pieniądze te nie podlegają żadnym regulacjom - dla niektórych to źle, dla niektórych dobrze. Nad tym nie chcę się dziś rozwodzić. Mój post spowodowany jest czym innym - wykresem, na który wpadłem wczoraj. Oto on:

Pokazane są tu fazy bańki na rynku inwestycyjnym. Na początku mamy fazę wzrostu (1), pierwszej sprzedaży (2) i następuje etap "pułapki na niedźwiedzie" - na której tracą osoby grające na zniżkę (3). W następnej kolejności pojawia się zainteresowanie mediów (4), entuzjazm (5), chciwość (6). Zaraz potem pojawiają się złudzenia (7) i katastrofa się rozpoczyna. Dlaczego o tym piszę? Bo zwróciłem uwagę na kurs Bitcoin podczas jednej z rozmów ze znajomym. Zwróćcie uwagę, jak on wygląda - na potrzeby tego tekstu oznaczyłem też kilka istotnych punktów.


Czy oba wykresy nie wydają się wam podobne? Najbardziej dziwi mnie wzrost ceny Bitcoin w ostatnim czasie - na przestrzeni trzech miesięcy kurs wzrósł o 200%! W ciągu roku wzrost wartości wyniósł blisko 1000%! Tysiąc procent! Czy Bitcoin coś produkuje? Nie.

Bitcoin jest tylko produktem, który spełnia potrzebę określonej grupy ludzi na świecie. Ludzi, którzy chcą dokonywać nierejestrowanych, natychmiastowych płatności których koszty są niskie. Opłacalne jest to między krajami - w poszczególnych państwach pomysł (moim zdaniem) jest słaby. Czy jednak popyt na Bitcoin utrzyma się w dalszym ciągu? Jeśli wartość moich inwestycji wzrosłaby tak gwałtownie, z pewnością ucieszyłbym się i przestraszył jednocześnie. Sprawa jest prosta: zyski bym realizował w tym momencie, jeśli nie jakiś czas temu. To samo moim zdaniem powinni rozważyć posiadacze wirtualnej waluty.

I uprzedzając pytania: jestem stronniczy, nie "inwestowałem" i nie zamierzam wchodzić na ten rynek z własnymi pieniędzmi. Nie trafia do mnie idea, choć ją rozumiem. Nie zmienia to jednak faktu, że upadek może być bolesny.

środa, 21 listopada 2012

Masturbacja ceną złota

Nie wiem jak was, ale mnie niesamowicie irytują coraz to nowe prognozy ceny złota. Jeden ekonomista mówi, że złoto będzie zaraz kosztować dwa tysiące dolarów, drugi prognozuje trzy tysiące dolarów za uncję.

"- Jestem przekonany, że złoto ostatecznie dojdzie do poziomu 5 000 USD za uncję – twierdzi Peter Schiff, szef Euro Pacific Capital."

Więcej przeczytacie w artykule pod tytułem "Złoto zdrożeje do 5000 USD, ale to nie jest górna granica" który został udostępniony na stronach internetowych Pulsu Biznesu. Czas więc na moją prognozę:

Złoto zdrożeje do pierdyliarda dolarów za uncję, nie wiem kiedy ale tak będzie. I nie jest to górna granica!

Pomimo wszystkich zalet złota (przemysł, walka z inflacją i inne) nie jest to dla mnie interesujący sposób na pomnażanie pieniędzy. Po pierwsze jest to jeden z niewielu sposobów przechowywania pieniędzy który nie przynosi dochodów innych niż spekulacyjne. Nieruchomości mogą przynosić czynsz, lokaty bankowe - odsetki, akcje - dywidendy. A złoto? Nic. Cena złota jest tylko jego ceną i w żaden sposób nie można zarobić na złocie inaczej. Nie wynajmiemy go na procent i nie przyniesie nam nawet miski ryżu. Czysta spekulacja ceną - liczymy jedynie na wzrost wartości złota i to jest jedyny nasz zysk jaki możemy osiągnąć w przyszłości.

Nie chce negować możliwości wzrostu ceny złota bo część idzie na cele przemysłowe. Jak jest napisane w wikipedii:

"Szacuje się, że do 2010 roku, w całej historii zostało wydobytych 166 tys. ton złota[5]. Odpowiada to objętości 8500 m³ lub sześcianowi o krawędzi 20,4 m. Światowa konsumpcja wydobywanego złota w 50% jest zużywana w jubilerstwie, w 40% w różnych inwestycjach, a 10% w zastosowaniach przemysłowych"

166 000 ton to 166 000 000 kilogramów. Jeden kilogram złota w Mennicy Wrocławskiej kosztuje dziś 186 272.96zł złotych. 30 921 311,36 milionów złotych czyli mniej więcej 30 921 miliardów złotych. Te pieniądze nie pracują. Co by było, gdyby wszystko to zostało wpompowane w światową gospodarkę? Potencjalny wzrost byłby niesamowity. Ale te pieniądze nie pracują, nie generują żadnego dochodu. Nawet, jeśli tylko 40% z tej kwoty można by uruchomić to i tak daje to 12 000 miliardów złotych! Dochód PKB naszego kraju w zeszłym roku to 439 miliardów dolarów czyli po dzisiejszym kursie około 1 418 miliardów złotych. 

Masturbowanie się cenami złota jest totalnie bez sensu i dla mnie jako przedsiębiorcy i inwestora nie ma totalnie żadnego znaczenia. Chyba, że chcę sobie kupić złoty sygnet albo mój biznes potrzebuje złota jako surowca.






 

sobota, 26 maja 2012

Facebook zniszczy dolinę krzemową?

Przez bardzo długi czas zastanawiałem się, czy napisać posta na temat debiutu tak bardzo ostatnio głośnego w mediach. Chodzi oczywiście o debiut Facebooka na giełdzie w Stanach Zjednoczonych. Dopiero obejrzenie poniższego video skłoniło mnie do poruszenia tego tematu. Zobaczcie sami



Facebook to bańka. W mojej ocenie oczywiście. Wytłumaczenie tego jest bardzo proste - jak ludzie się komunikują? Pamiętam, jak x lat temu na swoim pierwszym komputerze używałem programu mIRC do komunikacji ze znajomymi. Później przeszedłem na Gadu Gadu umożliwiające efektywniejszą komunikację. Po jakimś czasie dostałem zaproszenie do serwisu Grono.net i zapominając już o mIRCu używałem Grona i GaduGadu. Powstanie Naszej Klasy sprawiło, ze zapomniałem o Gronie i Gadu Gadu a powstanie Facebooka sprawiło, że obecnie jedynymi środkami komunikacji których używam jest e-mail (zauważcie, że to się nie zmienia), telefon komórkowy (również od wielu lat bez zmian) i Facebook (tu serwisy zmieniam co kilka lat jak się okazuje).

Źródło: ebloog.pl
Facebook starzeje się. Ma obecnie niemalże miliard użytkowników czyli przy wycenie na pierwszej sesji giełdowej dało to ponad 100 dolarów za każdego użytkownika. Facebook jest przewartościowany. Nie byłoby problemu, jeśli wszyscy użytkownicy pochodziliby z USA - przy takiej wycenie byłoby o wiele lepiej. Ale jednak większość użytkowników których pozyskuje teraz Facebook to osoby z Ameryki Południowej, Azji i Afryki. Facebook upadnie. Może nie w sensie dosłownym, ale na pewno jest obecnie przewartościowany. Staje się on źródłem coraz większej frustracji - denerwują mnie reklamy w tym serwisie (ale jest adblock) oraz nieistotne dla mnie informacje od części moich znajomych czy marek które polubiłem. Facebook mnie męczy. Tak jak kiedyś zmęczył mnie mIRC, zmęczyło mnie Gadu Gadu, zmęczyło mnie Grono i zmęczyła mnie Nasza Klasa. Dlatego coraz częściej myślę czy usunięcie konta na Facebooku nie byłoby dobrym rozwiązaniem.

Źródło: brightsideofnews.com
Zaufanie powierzone osobom z Facebooka zostało mocno narażone po spadkach na giełdzie kilka dni po debiucie. Zawahało to dobrą opinią o tym portalu. Miliardowa wycena serwisu Instagram rok po powstaniu? Facebook upadnie, jeśli będzie inwestował pieniądze w ten sposób. Być może wielu rzeczy mi nie wiadomo, nie interesuje się tym portalem aż tak dokładnie mimo, że używam go w dalszym ciągu, ale wszystko wskazuje na to, że Facebook upadnie. A przynajmniej popadnie w niesamowitą niełaskę.

Swoją drogą nie wiem czy wiecie, ale Facebook założył firmę w Polsce. Z kapitałem zakładowym na poziomie ponad 700 000 tysięcy złotych - siedziba? Gdzieś na ulicy Dobrej w Warszawie - niestety nie mogę teraz znaleźć artykułu w którym te informacje wyczytałem.

I na koniec jeszcze jedna informacja: jak podał Trystero Facebook jest warty o 1/3 więcej niż wszystkie polskie firmy znajdujące się w WIG 20. Jednak porównajcie sobie chociażby przychody i zyski Facebooka i KGHM. Jeśli Facebook ma rosnąć tak jak do tej pory - tylko jako maszynka do maksymalizacji liczby użytkowników - ciekawe jaki będzie huk jeśli Facebook upadnie. Jednak jest oczywiście szansa, że marketingowcy i finansiści znajdą sposób na zarobienie na każdym z użytkowników na przykład 50 dolarów rocznie. Wtedy przychody na poziomie 50 miliardów dolarów rocznie pokazałyby wielką moc serwisu. Jednak jak sami pracownicy tej firmy przyznają - nie mają jeszcze pomysłu jak zarobić na użytkownikach korzystających z Facebooka na Smartfonach - tam o ile wiem jest kłopot z reklamami. Obym się mylił, bo jeśli Facebook upadnie to będzie to jak kopnięcie w krocze całej doliny krzemowej i tak jak w tytule - przez Facebook może upaść cała dolina krzemowa.

środa, 2 maja 2012

14-latka kupiła dom na Florydzie za 12000 dolarów!

Dziś będzie coś, co mnie niesamowicie zainteresowało. Otóż w tym artykule znalazłem informację, że 14-letnia dziewczynka kupiła w Stanach Zjednoczonych dom z dwoma sypialniami za 12 000 dolarów! Niesamowite! Ale powoli, od samego początku.

Willow Tufano ma obecnie 14 lat. Jej matka jest pośrednikiem na rynku nieruchomości. Dziewczynka zaczęła zarabiać pieniądze dzięki sprzedaży przedmiotów pozostawionych w mieszkaniach (przedmiotów tych nie chcieli ludzie/inwestorzy i miała pozwolenie na ich sprzedaż). Przedmioty te wystawiała na amerykańskim portalu internetowym i dość szybko zaczęła zarabiać po 500 dolarów miesięcznie, z czego większość odkładała. Pewnego dnia matka Willow rozmawiała z jej ojcem w sprawie zakupu domu z dwoma sypialniami który został wystawiony na licytację za kwotę 12 000 dolarów, czyli około 38 000 złotych. Dom ma dwie sypialnie. Podejrzewam, że ten dom jest porównywalny z tym, jakie są ceny w Mołdawii a nie krajach rozwiniętych. W pewnym momencie Willow wpadła na pomysł, że może to ona kupi ten dom. Ze względów prawnych było to niemożliwe, ale dom kupiła matka Willow, ta z kolei stanie się właścicielką domu po ukończeniu 18 lat. Połowa tej ceny została zapłacona przez Willow a połowa przez jej matkę.

Sam dom wyglądał podobno jak po przejściu zamieszek, jednak po jego wysprzątaniu udało się znaleźć młodą parę zainteresowaną wynajmem za 700 dolarów miesięcznie. Po 18 miesiącach dom więc się w pełni zwraca - myślę, że nie jeden inwestor byłby zainteresowany taką okazją. No i dodatkowo prawdopodobne jest, że taki dom uda się sprzedać za kwotę chociaż trochę niższą niż 12 000 dolarów - w końcu początkowy wyceniany było on na 100 000 dolarów czyli jakieś 317 000 zł. Niezły biznes i to jeszcze zrealizowany przez czternastolatkę. Zresztą, zobaczcie to wideo:


Dodatkowo dziewczyna za występ w tym programie dostała 10 000 dolarów na artykuły do remontu domu + suszarkę do prania. Dom dostała więc zupełnie za darmo tylko dzięki swojej kreatywności! Historia wydaje mi się być na prawdę niesamowita. Przed dziewczyną, jeśli nie zajdzie w ciąże w przyszłym roku lub nie naogląda się brazylijskich seriali, widzę całkiem niezłą przyszłość. Skoro 14 - latka może sobie kupić dom na własność za tak śmieszne, samodzielnie zarobione pieniądze to sytuacja w Stanach Zjednoczonych jest na prawdę bardzo dziwna. Całe szczęście w Polsce żadnego kryzysu nie było i zanotowaliśmy tylko niewielkie spadki cen mieszkań i domów. Po takich przeżyciach dziewczyna ma dom przynoszący ponad dwa tysiące złotych miesięcznie. Pisałem już o tym, że na emeryturze można żyć za mniej niż 30 dolarów dziennie. Willow Tufano ma już emeryturę na tym poziomie niemalże zagwarantowaną z samych dochodów z tej jednej nieruchomości. Moje wielkie gratulacje!

wtorek, 3 kwietnia 2012

Social lending

Od kilku lat popularność na świecie zdobywa social lending. Oczywiście jak w przypadku branży internetowej - szybki rozwój social lending pojawił się też w naszym kraju. Pożyczki społeczne, pożyczki społecznościowe, p2p lending i peer-to-peer lending to inne nazwy tego zjawiska. Ale czym jest sam social lending? Opiera się on na prostym założeniu: potrzebuję pożyczki więc wystawiam aukcję, na której prezentuję swoją ofertę. Na przykład 5000zł na 12 miesięcy, oferuję 15% w skali roku. Jeśli jakąś osobę zainteresuje moja oferta - może mi pożyczyć jakąś kwotę. Jeśli takich osób będzie więcej i łącznie będą w stanie pożyczyć mi kwotę której potrzebuję - pożyczę tyle, ile mi potrzeba. Taki jest schemat działania w bardzo dużym skrócie.


 



Między pożyczkodawcami a pożyczkobiorcami musi dojść oczywiście do interakcji. Muszą się spotkać w jakimś miejscu. Takim miejscem są portale pośredniczące w udzielaniu pożyczek i pożyczaniu pieniędzy. Nie robią one tego za darmo - pobierane są różnego rodzaju opłaty. Takie opłaty to koszty weryfikacji - na przykład dowodu osobistego, zatrudnienia, rachunku bankowego; koszty uzależnione od sukcesu - jeśli pożyczka zostanie zrealizowana portal pobierze na przykład 1% od kwoty pożyczki. Innym rodzajem opłat są koszty promowania aukcji czy inne dodatkowe, uzależnione wyłącznie od modelu działania serwisu social lending.

Dlaczego postanowiłem napisać o pożyczkach społecznościowych? A no dlatego, że jest to ciekawy sposób zdalnego zarabiania pieniędzy. Ale uwaga! Nie jest to sposób na gwarantowane zarobienie pieniędzy, z inwestowaniem w ten sposób wiąże się ryzyko utraty zainwestowanych pieniędzy i wymagana jest spora wiedza i duże umiejętności by móc z sukcesem zarabiać pieniądze na pożyczkach społecznościowych. Jeśli posiadasz już wiedzę i jesteś w stanie akceptować ryzyko - można spróbować zainwestować pieniądze. No i tu jest najważniejszy punkt - musisz posiadać pieniądze, które możesz przeznaczyć na inwestowanie w pożyczki społecznościowe. Następnym krokiem jest wybranie odpowiedniej strategii inwestowania i wyszukiwanie najbardziej zaufanych w naszej ocenie pożyczkobiorców. Prawidłowe wybranie pożyczkobiorcy jest bardzo trudnym zadaniem, ale dzięki dogłębnej analizie możemy zmniejszyć ryzyko strat a zwiększyć prawdopodobieństwo zarobienia pieniędzy.

Cały temat jest tak szeroki, że nie wystarczyłoby pewnie i 20 postów by go opisać. Nie mniej pożyczki społecznościowe są ciekawym sposobem na dorobienie kilku złotych, jeśli posiadamy odpowiednią wiedzę. Ryzyko straty jest niższe niż gra na Forexie ale jednocześnie dużo wyższe niż na lokacie czy nawet funduszu inwestycyjnym. Dodatkowo absorbuje nasz czas i wymaga kontrolowania spłacalności pożyczek. Daje jednak szansę na kilkunastoprocentowe zyski (w skali roku). Poniżej znajdują się linki do kilku najważniejszych serwisów pożyczek społecznościowych w naszym kraju - można zapoznać się z ich ofertą. Należy jednak pamiętać, że pożyczki społecznościowe wymagają dużo wiedzy i im więcej jej zdobędziemy tym prawdopodobne jest odniesienie większego sukcesu finansowego.


Kokos.plPożyczki społecznościowe mogą też być szybkim sposobem na podratowanie budżetu podczas podróży czy w innym przypadku, osobiście jednak nie polecam zaciągania jakichkolwiek zobowiązań stricte konsumpcyjnych. Nie tylko przez serwisy social lending, ale również i w bankach. Przejadanie nie swoich pieniędzy nigdy nie prowadzi do niczego dobrego (no, poza podatkami wpływającymi do budżetu państwa ;) ), czasem można jednak zaciągnąć kredyt inwestycyjny - jeśli jesteśmy pewni zarobku. To jednak kolejny bardzo szeroki temat, już nie na dziś.

Najważniejsze serwisy social lending w Polsce:
- kokos.pl
- zakra.pl
- pożycz.pl
- finansowo.pl
- sekrata.pl