Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koszt podróży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koszt podróży. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 czerwca 2013

Jak karmią w Zamościu?

Kontynuując poprzedni wpis, dziś chciałbym wam zaproponować coś więcej, niż tylko śniadanie w hotelowej (hostelowej? gościnno-pokojowej?) restauracji. Oto dwa dania, które miałem okazję spróbować podczas ostatniej wizyty w Zamościu i które całkiem przyjemnie połechtały podniebienie.

1) Piróg Biłgorajski w sosie kurkowym

Źródło: muzealna.com.pl

Pierwszy raz miałem okazję spróbować Piróg Biłgorajski, który dostępny jest w co najmniej kilku formach. Pomijając widoczne na obrazku warzywa, samo danie było dość smaczne. Dość smaczne, ponieważ osobiście nie przepadam za kaszą gryczaną, która jest sporym elementem tej potrawy. Jednak została ona przygotowana w taki sposób, że posmak kaszy gryczanej nie jest mocno dominujący i nawet ja byłem w stanie spałaszować sporą porcję. Zwłaszcza, że restauracja zdecydowała się podawać to danie z przepysznym sosem kurkowym, które choć pojawiły się z zamrażalnika, to i tak podnosiły walory smakowe dania. Na jesieni musi być jeszcze lepiej, kiedy Piróg Biłgorajski może być podawany ze świeżo zebranymi grzybkami... Pycha! Cena? Jeśli się nie mylę, to 17 złotych.

2) Specjał z Ormiańskiej ze schabu na grzankach i świeżych warzywach

Źródło: muzealna.com.pl

Drugim spróbowanym daniem był Specjał z Ormiańskiej. Na zdjęciu pokazana jest wersja ze schabem, jednak wyglądem prawie dokładnie przypomina wybraną przez nas wersję z kurczakiem. Kelner powiedział, że zdrowiej, a z jak powszechnie wiadomo lepiej z kelnerami nie dyskutować. To był dobry wybór. Mnóstwo warzyw w różnej postaci, a na środku dwie grzanki (zwykły chleb tostowy) ze sporym kawałkiem mięsa pokrytego bardzo dobrym sosem. Jeszcze lepsze danie niż Piróg Biłgorajski! Restauracja sprawiła się naprawdę nieźle! Cena? Za to danie zapłacimy nieco więcej, ale i tak cena jest jak najbardziej akceptowalna - 31 złotych za porcję, która zgodnie z menu waży pół kilograma...

3) Bonus - Piwo Zwierzyniec

Znajdujący się niedaleko Browar Zwierzyniec aktualnie nie prowadzi produkcji, ale piwo pod tą marką wytwarzane jest w Lublinie, w tym samym miejscu, gdzie warzy się Perłę. Ale smak pozostał, czego mogliśmy doznać zamawiając po kuflu zimnego Zwierzyńca do wspomnianych wyżej potraw. 6,5zł za 0,5l.

Źródło: tenpieknyswiat.pl

Obiad dla dwóch osób to wydatek w jednej z lepszych restauracji w Zamościu na poziomie 61 złotych. Całkiem przyjemna cena za dobre jedzenie. Jeśli mielibyście ochotę odwiedzić to samo miejsce co my, to śmiało mogę polecić wam Restaurację Muzealną. Ale restauracji jest w okolicy sporo i z pewnością znaleźć można wiele innych, ciekawych miejsc, jak to na Starym Mieście każdego miasta.

środa, 5 czerwca 2013

Nocleg w Zamościu

Niedawno miałem przyjemność odwiedzić Zamość. Miasto w województwie Lubelskim, położone w pięknej lokalizacji i nazywane "Perłą Renesansu". Perłę można w sumie wypić na rynku, co do renesansu - to już nie wiem ;)

Źródło: Arkadia-zamosc.pl

Ale żarty odłóżmy na bok. Samo miasto jest dość ładne i każdy powinien je odwiedzić. Podczas wizyty z soboty na niedzielę rynek i jego okolice wyglądały (w porównaniu z większymi miejscowościami) na wymarłe. Pogoda była ładna, ale nie idealna i pewnie to sprawiło, że turystów było niewielu. Mogliśmy więc swobodnie zwiedzić Rynek i jego okolice.

Tematyka tego bloga skupia się jednak w sporej części na kosztach. Koszt noclegu w Zamościu wcale nie był wysoki. Wybór padł na Pokoje Gościnne Arkadia. W poszukiwaniach pomagały mi jedynie strony internetowe pensjonatów i hoteli i w ten też sposób trafiłem na stronę Arkadii. Wszystko wyglądało bardzo ładnie - świetna lokalizacja (kamienica położona przy rynku), śniadanie w cenie oraz przyzwoita cena. Za pokój dwuosobowy ze śniadaniem zapłaciliśmy 150 złotych, co jest ceną dość atrakcyjną. Zakładając, że śniadanie kosztowałoby nas 15 złotych od osoby, 60 złotych za noc nie jest ceną wysoką. Zwłaszcza w takiej lokalizacji. 

Źródło: Arkadia-zamosc.pl

Jednak pomimo całej atrakcyjności miejsca i przyjemnej obsługi, mam wrażenie standardu raczej hostelowego niż hotelowego. Właściciele tego miejsca zdecydowanie mogliby poprawić standard pokojów, które wyglądają jak sprzed 10-15 lat. Mimo tego problemu, w pokojach było czysto i przyjemnie, choć w pewnym momencie skończyła się ciepła woda... Urok starej kamienicy.

Pokoje Gościnne Arkadia mogą być jednak dobrym wyborem dla osób, które cenią sobie lokalizację, cenę,  a jednocześnie są w stanie zaakceptować nieco niższy standard (niż ten na zdjęciach na ich stronie). Jednak 150 złotych wobec 380 złotych za nocleg dwóch osób w hotelu obok potrafi zrobić sporą różnicę. Za tę cenę chyba jednak warto. Alternatywą jest wybór lepszych warunków, ale dużo dalej od rynku.

P.S.: W standardzie jest śniadanie kontynentalne, ale tym kontynentem nie jest Afryka. Dwie osoby spokojnie się najadły.

sobota, 4 maja 2013

Ubezpieczenia: co zrobić, gdy spowodujemy wypadek?

Tytuł dzisiejszego postu nie jest bezpośrednio związany z całą procedurą. Tę mam nadzieję znacie i pewnie wiecie, co trzeba zrobić. Dziś podejdę do tematu nieco bardziej... ekonomicznie.

Tą część postu piszę na gorąco, dalsza część zostanie uzupełniona i opublikowana (razem) w późniejszym terminie. Chciałbym jednak przekazać wam jedną myśl. Na początku opiszę całą sytuację.

Ruszając ze świateł (jako pierwszy samochód na zielonym świetle) zostałem uderzony w lewą, przednią część mojego pojazdu przez auto, które wyjechało z lewej strony. Rzecz miała miejsce na skrzyżowaniu z sygnalizacją świetlną, ja więc spokojnie mogłem jechać chyba, że ktoś był na skrzyżowaniu - wtedy powinienem umożliwić mu zjazd. Tak jednak nie było. Osoba która uderzyła w moje auto musiała (i ruszyła) na czerwonym świetle myśląc, że ma jeszcze zielone. Tak jednak nie było. Całe zdarzenie odbyło się w bardzo ruchliwym miejscu. Wiedząc, że wina nie jest moja zatrzymałem auto i spytałem sprawcę, czy piszemy oświadczenie i czy przyznaje się do winy. Po krótkiej rozmowie nie przyznał się i na moje słowa "to dzwonię na policję" odparł śmiało: "proszę dzwonić".

Czy jako świadomy sprawca powinniśmy pozwolić na telefon na policję osoby poszkodowanej? Jeśli nie ma osób poszkodowanych, niekoniecznie. Zobaczmy to na moim przypadku.

Ponieważ sprawa została rozstrzygnięta przez policję na moją korzyść, zgodnie z tym, czego byłem pewien (znając tą trasę i skrzyżowanie), zgodnie z opisem świadka, to sprawca został ukarany mandatem. Niewysokim, bo wynosił nieco ponad dwieście złotych. Do tego uszkodzenia mojego pojazdu zostaną pokryte z jego polisy OC. Co by jednak było, gdyby przyznał się, że jechał na czerwonym świetle i napisalibyśmy oświadczenie? Moja szkoda pokryta byłaby z jego polisy ale nie otrzymałby mandatu.

Zakładając, że koszt ubezpieczenia OC wynosi 700zł a zwyżka za takie wydarzenie (jednorazowo w ciągu 12 miesięcy) to pewnie z 10%, to maksymalnie zapłaciłby w przyszłym roku kilkadziesiąt złotych więcej za polisę OC. Jednocześnie uniknąłby mandatu. Cała czynność spowodowała, że straciliśmy obaj sporo czasu a dodatkowo sprawca musi pokryć koszt mandatu.

Ekonomicznie podchodząc do tematu, warto znać zwyżki, jakie grożą nam u ubezpieczyciela. Jeśli więc takie zdarzenie jest naszym pierwszym - lepiej podpisać oświadczenie i mieć spokój, płacąc kilkadziesiąt złotych. Jeśli jednak zwyżka która nam grozi jest dużo większa niż spowodowane przez nas straty - można zaproponować rozliczenie gotówkowe. Za porysowany błotnik możemy zapłacić kilkadziesiąt złotych, maksymalnie kilkaset złotych i sprawa zostanie zakończona. Jeśli sprawa jest jasna i działa na naszą niekorzyść. Oczywiście nie należy tego robić, gdy ktoś został poszkodowany - wtedy bezwzględnie wzywamy policję i wszystkie inne, niezbędne służby.

czwartek, 10 stycznia 2013

Polska oczami Gruzinki

Miałem ostatnio okazję poznać bardzo miłą dziewczynę z Gruzji. Nie wiem jak was, ale mnie ten kraj bardzo mocno interesuje i z chęcią się tam wybiorę. Zanim więc zaczniemy zbierać więcej informacji, chciałbym wam powiedzieć, czego ciekawego się dowiedziałem:

1) Rodzice są... starzy! Dokładnie taką informację uzyskałem od mojej znajomej, która pracuje z dziećmi. Była bardzo mocno zdziwiona widząc, ile lat mają ich rodzice. W Gruzji dzieci rodzi się w wieku mniej więcej dwudziestu lat (zgodnie z uzyskaną przeze mnie informacją). 30-35 lat, które jest powszechne u nas to zdecydowanie za dużo.

2) W Polsce jest... tanio! Aż nie chciało mi się wierzyć w to, co usłyszałem. I to nie dlatego, że jesteśmy drogim krajem, ale zawsze byłem przekonany, że jesteśmy krajem bardzo drogim w stosunku do Gruzji. W 2011 PKB per capita według parytetu siły nabywczej wynosiło tam 5.491$, co plasowało ten kraj na 112 miejscu według Wikipedii. Polska znalazła się na miejscu 44 z wartością 20.334$. Dla mnie ta informacja to szok.

3) Idąc dalej za ciosem, zacząłem się dowiadywać dlaczego jest tam tak drogo. Uzyskałem informację, że jej rodzice wraz z siostrą zarabiają w stolicy kraju, Tibilisi, około 4000 zł. Jest to zbyt mało, by utrzymać się na dobrym poziomie według uzyskanych przeze mnie informacji. Kolejny szok, bowiem w Polsce za tą kwotę można przeżyć raczej bez większych problemów.

4) Bardzo dobra jakość ubrań - to kolejna rzecz, na którą zwróciła uwagę moja rozmówczyni. Są one w Polsce nieco tańsze, jednak o wiele wyższej jakości niż w Gruzji, dzięki czemu bardzo chętnie korzysta z możliwości jakie dają nasze sklepy.

5) Ceny mieszkań - tu uzyskałem ciekawą informację, choć nie potwierdzoną (rozmówczyni nie była pewna). Stumetrowe mieszkanie w dobrym standardzie kosztuje w Gruzji 200 000 złotych zgodnie z tym, czego się dowiedziałem. Tu jestem w stanie zdecydowanie się zgodzić na taką wycenę ;)

Interesujące, prawda? Mam nadzieję, że kolejne rozmowy przyniosą jeszcze większą ilość przydatnych informacji.

P.S. Łódź jest bardzo brzydka w jej ocenie.

środa, 31 października 2012

Podróżowanie: PolskiBus vs InterRegio vs Samochód

W ostatnim czasie miałem okazję podróżować pomiędzy Warszawą a Lublinem trzema różnymi środkami transportu. Każdy z nich jest nieco inaczej postrzegany przez klientów i nieco inaczej dochodzi do faktycznego transportu osób. Przyjrzyjmy się trzem sposobom na taki przejazd.

PolskiBus

Pewnie wiele osób słyszało o tej firmie. Również szum medialny sprawił, że byłem zainteresowany ich ofertą i miałem okazję skorzystać z przejazdu. Cena była bardzo atrakcyjna - 2 złote za przejazd. Reklama tej firmy głosi trzy hasła: szybko, tanio i komfortowo. Tanio na pewno było. Składało się tak, że bilet ten otrzymałem od znajomej mi osoby a autobus nie posiadał wolnych miejsc. Dosłownie. Każde miejsce w autokarze było zajęte. Komfortowo więc nie było bo siedzenie obok było zajęte i podczas trzygodzinnej podróży nie miałem możliwości rozprostowania nóg - siedzenia mimo, że w miarę wygodne znajdują się bardzo blisko siebie. Czy szybko? 3 godziny to sporo w porównaniu do niżej opisanych środków transportu. Na pewno jest to czasem najtańsze rozwiązanie. Dużym plusem jest internet na pokładzie - ale jednocześnie jest z nim wielki problem. O ile internet działa w miarę szybko i sprawnie w terenach miejskich to na trasie jest krótko mówiąc kiepsko...

InterRegio

Tu z kolei na początku spotkała mnie niemiła niespodzianka. 40 minut opóźnienia - zdarza się. Czas przejazdu to standardowo około 2:40 no ale uległ wydłużeniu do nieco ponad 3 godzin. Ogólnie lepiej niż w PolskimBusie, w tym przypadku gorzej. Cena? Około 38 złotych, dziewiętnastokrotnie więcej niż za PolskiBus. Bilet normalny. Komfort? Trochę chłodno, siedzenia takie o ale za to dużo miejsca, mało osób w pociągu i spokojnie można wyciągnąć się w każdą stronę.

Samochód

Tu na początku chciałbym przyjąć założenie: samochód służbowy, palący 8,5l gazu LPG na 100 km. Koszt przejazdu? Jeśli przyjmiemy cenę na poziomie 2,70zł za litr to wyjdzie nam koszt 40,16zł (175km). Nie uwzględniamy oczywiście kosztów związanych z utrzymaniem auta. Komfort? W zależności oczywiście od samochodu, ale z reguły dużo wyższy niż w obu przypadkach opisanych wyżej. Czy szybciej? Przeważnie tak, choć wszystko zależy od sytuacji drogowej. Czy tanio? Jak widać nie, ale już przy dwóch osobach lub większym składzie w samochodzie cena przejazdu spada gigantycznie. Dla 4 osób jest to już tylko nieco ponad dziesięć złotych za osobę.

Oczywiście w każdym wypadku pominąłem kwestię chociażby ochrony środowiska czy prywatności - nie o to tu chodzi. Chodzi o geoarbitraż i poszukiwanie niższych cen. I jeśli tylko na tym się skupimy to przelicznik w przypadku PolskiegoBusa jest najlepszy. Za 2 złote 175 kilometrów? Nieźle! Choć cudów nie powinniśmy oczekiwać to jednak nie jest źle.

czwartek, 9 sierpnia 2012

Bankructwa biur podruży? No problem.

Źródło: www.destination360.com
Zapewne każdy z was słyszał ostatnio o bankrutujących biurach podróży. Lecz sprawdźmy to dokładnie. Jakie biura podróży zbankrutowały w 2012 roku do tej pory? (Kolejność przypadkowa)

- Aquamaris
- Sky Club
- Elektra Travel
- Alba Tour
- Africano Travel
- Blue Reys
- Atena
- Mati World Holidays

Czy to dobrze, że biura podróży bankrutują? Tak. Czy to źle, że biura podróży bankrutują? Tak. Lecz jaki wpływ ma to na nas?

Po pierwsze należy zastanowić się nad tym biznesem. Założenie biura podróży jest bardzo proste i nie wymaga właściwie żadnej specjalistycznej wiedzy. Zakładamy firmę, czekamy na klientów i jeździmy - w bardzo dużym skrócie. Jednak jak jak się okazuje biura podróży zarabiają bardzo niewiele - około dwudziestu złotych na jednym kliencie. Jest to więc typowy biznes skali - jak przewieziesz jednego klienta to nie zarobisz nawet na koszty stałe, a jak przewieziesz 100 000 klientów to jest szansa na kilka milionów złotych zysków.

Bankructwa biur podróży są złe, ale tylko dla właścicieli, pracowników i klientów tego konkretnego biura podróży. Jeśli ktoś nie potrafił stworzyć bezpiecznego i rentownego biznesu w tej branży to po prostu wypada. Tak powinno być - jeśli Twój biznes nie znajduje klientów lub świadczysz usługi zbyt drogie - wypadasz.

Bankructwa biur podróży są dobre i tu nie ma ograniczeń. Są dobre dla rynku turystycznego - wypadną firmy o wątpliwej reputacji i kiepskich zabezpieczeniach finansowych. Klienci nauczą się sprawdzać biura podróży i nie kupować najtańszej oferty ale czasem dopłacą stówkę i będą pewni wyjazdu. W końcu osoby odpowiedzialne za ściąganie turystów z obcych krajów nauczą się jak to robić i w razie jakichś problemów szybciej będą potrafiły zająć się tematem. W długim terminie wszyscy zyskujemy.

Źródło: www.ischgl.com
Osobiście jestem oczywiście zwolennikiem samodzielnego organizowania własnych wyjazdów. Nie wytrzymałbym dwóch tygodni spędzonych na leżaku przy hotelowym basenie w Tunezji. Nuda. Totalna nuda. Choć podobno można nieźle się nachlać korzystając z uroków drinków zawartych w All Inclusive. Co kto lubi. Mnie interesują jednak ciekawe wyjazdy o których będę miał co opowiadać. Jeśli nie wiesz jak sprawdzić biuro podróży to kup droższą wycieczkę. Jeśli nie masz tej dodatkowej stówy - lepiej nie jedź na wakacje w ogóle, bo jak będziesz miał wypadek to zniszczysz się finansowo. Przemyśl, czy nie warto jednak samemu poszukać jakiegoś małego hotelu gdzieś, gdzie jeszcze nie byłeś. Zapytaj znajomych o ich wyjazdy do Indii, Czarnogóry czy nawet na Ukrainę. Wakacji nie musisz spędzać z biurem podróży - choć w ten sposób jest na pewno łatwiej.

Tylko czy warto wydawać 10 000zł na wyjazd czterech osób na tydzień do Tunezji skoro za te same pieniądze można spędzić dwa razy dłuższy urlop w nie gorszych warunkach w Albanii czy Macedonii? Pamiętajcie: tak jak w przypadku przetworów domowych jest z wycieczkami. Samodzielnie przygotowane smakują lepiej, są tańsze i lepsze dla zdrowia.

wtorek, 22 maja 2012

Krótka historia o tym jak zrezygnowałem z pojawienia się w TVN


2 maja 2012

Źródło: Carolina.pl
Pod postem "Zarabianie przez pisanie" znajduję anonimowy komentarz z adresem mailowym i prośbą o kontakt. Jest również informacja, że człowiek piszący post pracuje dla jednej z telewizji, nie ma natomiast informacji z jakiej. Myślę sobie - spoko, albo ktoś sobie robi jaja albo będą niezłe jaja. Piszę więc maila. Dostaje szybką odpowiedź od Kamila z telewizji TVN który przygotowuje dane do programu Dzień Dobry TVN. Umawiamy się tego samego dnia na telefon po godzinie 17 i przeprowadzamy dłuższą rozmowę. Chodzi o informacje kim jestem, skąd pomysł na tą stronę, czy i jak stosuję geoarbitraż i pracę zdalną a także czy znam kogoś, kogo mógłbym polecić jako bohatera reportażu. Oczywiście, jako urodzony i wykształcony ekonomista zapytałem jak wygląda sprawa wynagrodzenia. Założeniem tego bloga było to, że pozostaję anonimowy i nie świecę swoją buźką po całym internecie. Takie było założenie i już, w internecie mając moje imię i nazwisko niewiele znajdziecie. Wynagrodzenie mogłoby to zmienić i mógłbym pokazać swoją buźkę, jednak na to nie mam co raczej liczyć - "wszystko zależy od producentów", "bohaterowie reportażu nie dostają wynagrodzenia", "osobom przyjeżdżającym pokrywamy koszty hotelu w Warszawie" - takie teksty słyszę. Nie zachęca mnie to. Jednocześnie coraz poważniej zastanawiam się, czy telewizja serio interesuje się tematami niszowymi czy nie ma o czym informować. Przecież o geoarbitrażu informacji w Polsce praktycznie nie ma (i dlatego powstała ta strona). Niby promocja strony - spoko, ale uwzględniając to, że widownia Dzień Dobry TVN raczej nie jest moją grupą docelową i to, że Krzysztof Lis z Zarabiania Na Blogu nie zauważył znaczących pozytywnych efektów występu w telewizji śniadaniowej TVP - jestem na nie mojemu występowi w TVN.

Źródło: wysylkowa.pl
18 maja 2012

W telewizji śniadaniowej pojawia się Marzena Filipczak - autorka książki "Lecę dalej". To w tym reportażu miałem się pojawić - ale jak zobaczycie, nie pojawiłem się. Fragment programu zawierający rozmowę z Marzeną Filipczak znajdziecie tu: http://dziendobry.tvn.pl/video/jak-tanio-podrozowac,1,newest,45438.html. W mojej ocenie rozmowa ta nie wniosła zbyt wiele i jako osoba podróżująca kilka razy w roku nie dowiedziałem się raczej nic ciekawego. Widać, że załoga TVN nie znalazła innych ciekawych postaci zainteresowanych opowiadaniem o tanich podróżach - choć wiem, że kontaktowali się na przykład z Maćkiem Klimowiczem ze strony skokwbokblog.com. Szkoda, że temat został tak płytko poruszony i właściwie według mnie stał się tylko zapychaczem antenowym. O geoarbitrażu ani słowa.

19 maja 2012

Jaja jak berety. Nie poszedłem do TVN ale akurat dzień po emisji wspomnianego materiału byłem na szkoleniu. Siedem osób plus prowadzący. I co się okazuje? Że poza mną do Dzień Dobry TVN zaproszona została w podobnym czasie moja koleżanka ze szkolenia a prowadzący przez dość spory czas pracował przy tworzeniu jednego z kanałów (dokładniej: z zakresu marketingu) tematycznych. Nie pozostaje mi nic innego, niż żartobliwe wyobrażenie sobie takiej sytuacji:

Chłopak wyrywa dziewczynę:
On: - No, i byłem w tefałenie!
Ona: - A kto nie był?!

Dziś

Nie żałuję, że nie poszedłem do tego programu. Jak mówiłem, nie jestem osobą która koniecznie chce pojawiać się w telewizji w związku z tą stroną internetową. Chyba jeszcze nie czas na to. Geoarbitraż jest tematem według mnie nieco trudniejszym niż sześciominutowa zajawka podczas jedzenia jajecznicy. Oczywiście nie wykluczam, że pojawię się kiedyś lub z innym produktem w programie tego typu, jednak w dalszym ciągu podtrzymuję moją ocenę, że blog ten nie ma parcia na szkło. I należy powiedzieć to bardzo głośno i wyraźnie: jeśli otrzymasz propozycję od telewizji, mocno się zastanów. Jest bardzo wiele sytuacji, gdzie Twoja obecność może zwiększyć Twoje zarobki zwłaszcza, jeśli prowadzisz ciekawą działalność która może zyskać na pojawieniu się w telewizji śniadaniowej. Ta strona w mojej ocenie ma nieco inną grupę docelową więc z tej niesamowitej okazji zrezygnowałem.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Wyjazd do Pragi - jak i za ile?

W związku ze zbliżającym się długim weekendem majowym, tradycyjnym czasem wyjazdów polaków do Pragi i Czech w ogóle, chciałbym przedstawić kilka możliwości dojazdu do tego pięknego kraju. Możliwości jest wiele: samochód (ale tego chyba rozwijać bardzo nie trzeba), kolej, autokar, pociąg. Zacznijmy od samochodu.




Wyjazd samochodem jest najprostszy, ale dość kosztowny. Chodzi oczywiście przede wszystkim o cenę paliwa. Nie mniej jednak nie jest to jedyny koszt. Jeśli zamierzamy jechać autostradami albo drogami ekspresowymi - konieczny jest zakup winiety. Najtańsze są te 10-dniowe, kosztują 310 koron, czyli około 53zł. Wyjeżdżając do Czech nie trzeba kupować żadnego dodatkowego ubezpieczenia, polecam jednak ubezpieczenie turystyczne (nie tylko przy wyjazdach samochodem).

Podróż autokarem to prostsze rozwiązanie. Trudniej już będzie jednak o miejsce. O ile w dni "zwykłe" bilety można kupić w miarę tanio, to już na początku kwietnia bilet w jedną stronę z Warszawy kosztował w firmie PolskiBus 99zł w jedną stronę. Przy trzech lub więcej osobach opłaca się więc raczej jechać już samochodem. Zaletą przejazdu akurat tą linią jest wysoka jakość autokarów i Internet na pokładzie. Wiele firm oferuje przejazdy na tej trasie, z Warszawy do Pragi ceny kształtują się od około 200 do około 280zł.




Pociąg. Tu zawsze dzieją się cuda. W pociągu EuroCity możemy kupić bilety w cenie 19 Euro pod warunkiem, że jeszcze są w promocji. Jeśli nie - czeka nas nieco większy wydatek, bilety kosztować nas będą 29 Euro w jedną stronę. Wychodzi więc już drożej niż autokarem. Możliwy jest za to o wiele tańszy przejazd jeśli jest się na przykład studentem. Chodzi o tak zwany przejazd kombinowany. Wtedy wsiadamy w zwykły TLK lecący z Warszawy Wschodniej do Pragi. Ale bilet kupujemy tylko z Warszawy do Zebrzydowic. Granicę między Zebrzydowicami a Bohuminem przekraczamy w pociągu albo "na gapę" albo próbując kupić bilet (tak zwaną przejściówkę za jakieś 3zł) u konduktora - któremu i tak pewnie nie będzie chciało się nam go wypisywać i machnie ręką. Już za Bohuminem kupujemy u czeskiego konduktora bilet do Pragi. W ten sposób powinniśmy zapłacić o wiele mniej za bilet. W czeskich kolejach obowiązują też zniżki dla grup, przy czym grupa to już dwie osoby. Warto więc razem płacić za bilet, bo zniżki są znaczące. Ten sposób wygrywa jako najtańsza opcja dojazdu do Pragi. Jeśli szukacie czeskiego rozkładu jazdy pociągów - można go znaleźć klikając w ten link.




Pewnie najdroższą ale najbardziej komfortową jest przelot z warszawskiego lotniska im. Fryderyka Chopina do Pragi. Ceny tu bardzo się różnią, w zależności od terminu rezerwacji i terminu przelotu. Standardową ceną jest jednak 500-700zł za przelot w obie strony. Różnice mogą być oczywiście w obie strony, w zależności od tego czy trafimy w jakąś promocję czy w masowy przelot biznesmenów na jakieś międzynarodowe targi.



środa, 11 kwietnia 2012

Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 3

No, czas na kolejną, trzecią, i na razie ostatnią część fotograficznej relacji z wyprawy na Islandię. Na początku chciałbym wam pokazać dwa zdjęcia zrobione właściwie z tego samego miejsca. Miejscem tym był parking dla samochodów wzdłuż drogi którą jechaliśmy. Fiordy jadły nam z ręki:

Fjordy

Fjordy

W jedną z wycieczek wybraliśmy się nad najpotężniejszy wodospad w Europie. Nie jest on co prawda najwyższym wodospadem nawet na Islandii, ale jest to wodospad o największym przepływie wody w całej Europie! Średniorocznie przelewa się tam w ciągu jednej sekundy 193 000 litrów wody, to 11 580 000 litrów w ciągu minuty i 694 800 000 litrów w ciągu godziny. Dalej już nie będę liczył. Oszacowano, że energia wytwarzana przez spadającą wodę to średnio 85 megawatów. Żeby wyprodukować podobną ilość energii trzeba by postawić 85 elektrowni wiatrowych w których wirniki miałyby po 50 metrów długości. Szum spadającej wody był potężny, o wiele potężniejszy niż od opisywanych w części pierwszej wodospadów Seljalandsfoss i Skogafoss.

Wodospad Detifoss

Powiem wam, że w domku który wynajmowaliśmy było niesamowicie. Około 80 metrów kwadratowych, trzy sypialnie, łazienka, salon z aneksem kuchennym. W aneksie była lodówka, zamrażalka, mikrofala, zmywarka, czajnik elektryczny, toster i wiele innych bajerów. W salonie była wieża z zestawem płyt z Islandzką muzyką. Ogólnie dom bardzo wysokiej jakości, ale jak pisałem już kiedyś - płaciliśmy za to grosze. Za 5 osób koszt wynajmu wyniósł nas 150-200zł za dobę (w sumie!). Trochę dzięki znajomości tego miejsca wcześniej przez kolegę który siedział wtedy na Islandii, trochę dzięki jego zdolnościom negocjacyjnym. Wyglądając przez okno z pokoju miałem jednak mniej więcej taki widok:

Gejzery

Po prawej stronie od tych gejzerów znajdował się wygasły wulkan. Wulkan, który zobaczycie na następnym zdjęciu nazywa się Hverfjall lub Hverfell. Ostatnio wybuchł jakieś 2,5 tysiąca lat temu. Wdrapanie się na sam wulkan wcale nie było takie proste, zajęło to sporo czasu i trochę więcej energii. Żeby było ciekawiej, postanowiłem zejść do środka krateru i wejść na szczyt stożka w jego środku. Podpowiem tylko, że Hverfjall ma około kilometra średnicy i z samym zejściem nie było problemu, za to wdrapanie się z powrotem na górę było nie lada osiągnięciem. Tak więc do rzeczy: poniżej zdjęcie wulkanu z jego szczytu oraz zdjęcie z map Google:

Wulkan Hverfjall




Jednym z epizodów naszej wyprawy było odwiedzenie gejzerów. Było to ciekawe zjawisko. Gorąca woda tryskająca w górę, szare bulgoczące błoto, kawałki siarki wokół niektórych gejzerów. Dla oka widok był niesamowicie przyjemny, odwrotnie proporcjonalnie do odczuć nosa. Niestety zapach siarkowodoru był tak silny w niektórych miejscach, że nawet zatkanie ust i nosa rękawem od polaru niewiele dawało. Ale warto było, przynajmniej jest co wspominać.

Gejzery

Również niedaleko od naszego miejsca noclegowego znajduje się jedna z islandzkich elektrowni geotermalnych - Krafla. Jej nazwa pochodzi od czynnego wulkanu o tej właśnie nazwie - ostatnio wybuchał on w 1984 roku. Jest ona jedną z pięciu największych działających na wyspie. Podjeżdżając pod elektrownię zobaczyliśmy... Fiata Pandę z krakowskimi tablicami rejestracyjnymi. W środku konserwy, papier toaletowy - słowem wszystko, czego potrzebuje nowoczesny podróżnik. Teraz to już oficjalne: Polacy są wszędzie. Niestety nad samą elektrownią unosiła się tak gęsta mgła, że nie było fizycznych możliwości zrobienia wielu zdjęć. Jedno z tych które wyszło prezentuje taki oto zbiornik wodny:

Zbiornik wodny w pobliżu elektrowni Krafla

W miejscowości Skogar można odwiedzić muzeum domów torfowych. Właściwie nie są one zbudowane z samego torfu a jedynie nim pokryte, ale wyglądają jakby wychodziły spod ziemi. Dodatkowo w lecie porastają trawą, pięknie się zielenią, więc widok jest niesamowicie przyjemny dla oka. My byliśmy w maju. Jeden z takich torfowych budynków przedstawia ostatnie już w tej serii zdjęcie.


Dom torfowy

Łączny koszt podróży, jak już wcześniej pisałem, wyniósł mnie pomiędzy 2,5 a 3 tysiące złotych. Wliczone są w to bilety lotnicze, alkohol i papierosy (sprzedane na Islandii) ale nie uwzględniłem kosztów zakupu połowy walizki jedzenia. Nie mniej jak na tydzień zwiedzania Islandii, do tego samochodem i z wynajmowaniem domków - chyba nie jest źle. Normalne ceny wycieczek zaczynają się w Polsce od około 2,5 tysiąca, ale Euro. Polecam więc każdemu dobry rekonesans i podróż na własną rękę

Dla przypomnienia - poniżej znajdują się odnośniki do poprzednich dwóch części relacji:

Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 1
Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 2

sobota, 24 marca 2012

Sezon autostopowy czas zacząć!

Wczoraj jechałem służbowo samochodem z Warszawy do jednej z miejscowości w województwie łódzkim. Po drodze, widząc uniesiony w górę kciuk zjechałem i zabrałem autostopowicza. Jak się okazało, tego samego dnia wieczorem rozpoczynał się ogólnopolski zjazd autostopowiczów w Rybniku. No i jakże by inaczej podróżować na takie spotkanie niż autostopem? Cała impreza oficjalnie nazywa się: "Autostop - początek sezonu autostopowego Rybnik 2012" i więcej informacji można znaleźć chociażby tu. A poniżej znajduje się plakat reklamujący całą imprezę:


Jak informują organizatorzy, obowiązkowe oprzyrządowanie to "duże ilości alkoholu, jedzenie i uśmiechu.:) [ewentualnie jeszcze karimatę, śpiwór i kasę]" więc impreza może być ciekawa. Jeśli ktoś ma jeszcze trochę czasu by wyruszyć na spotkanie do Rybnika - prawdopodobnie warto skorzystać i spędzić kilka zimnych marcowych nocy integrując się z innymi osobami lubiącymi trzymać palec w górze.

Jak się okazało mój pasażer podróżuje tak często autostopem, jak się tylko da. Zwiedził już Czechy, Słowację, Serbię, Chorwację czy Bośnię i Hercegowinę. Ale co mnie zaciekawiło to to, że jeszcze w tym roku wybiera się do Gruzji, Mołdawii i innych miejsc - życie autostopowicza będzie kwitło więc po całości. Jeżdżąc samochodem zabierajcie więc autostopowiczów - bo nas, kierowców to nic nie kosztuje, a osobom podróżującym bardzo uprzyjemnia życie. Pisałem już kiedyś post "Białoruś - raj na ziemi?" gdzie też opisywałem przygody autostopowicza. Warto zatrzymać się i podwieźć chociaż kawałek. O samym autostopie pewnie jeszcze kiedyś napisze więcej, nie mniej na prawie koniec dzisiejszego posta jeszcze piosenka znana chyba przez wszystkich podróżujących z plecakiem i mapą w ręku:


A już na sam koniec kilka szybkich rad:
- najlepiej nie podróżować po zmroku - po ciemku trudniej złapać stopa
- kciuk podnoś w górę w miejscu, gdzie kierowca może cię odpowiednio wcześniej zauważyć i ma gdzie zatrzymać samochód
- nie wyglądaj jak fleja - łatwiej znaleźć stopa wyglądając lepiej
- najgorzej łapie się stopa we dwóch, najłatwiej dziewczynom lub parze
- wskazane jest posiadanie kartki z nazwą miejscowości lub kierunkiem w którym zmierzasz
- uśmiechaj się!

sobota, 17 marca 2012

Tanie nocowanie

Tanie spanie. Jeden z najważniejszych punktów wyjazdów zagranicznych - ale także i krajowych. Wbrew pozorom dziś nie będzie o bezpłatnym nocowaniu u znajomych czy nieznajomych, lecz o hostelach i tanich, ale płatnych noclegach. Spanie w warunkach bezpłatnych nie zawsze jest możliwe, a zapłacenie za nocleg kilkudziesięciu złotych dla bezpieczeństwa i wygody jest często najrozsądniejszym rozwiązaniem.

Pierwszym tanim noclegiem będzie ten, o którym kiedyś pisałem w związku z Islandią. W małej miejscowości (no, jak na Islandię wcale nie takiej małej - około 300 mieszkańców) Reykjahlíð nad jeziorem Mývatn wynajmowaliśmy w 5 osób domek, około 80 metrów kwadratowych - jeśli nie więcej. W domku były trzy sypialnie, łazienka, wielki salon połączony z kuchnią - a tam wszystko: lodówka, zmywarka, telewizor, wieża hi-fi i cała reszta sprzętu agd i rtv. Za cały nocleg zapłaciliśmy między 150 a 200zł, około 35 złotych od osoby za noc - i to wszystko na Islandii! Niestety nie pamiętam w tym momencie dokładnego adresu czy nazwiska osoby od której wynajmowaliśmy domek, jednak ceny na tym poziomie poza sezonem są normalne. Niewiele więcej płaciliśmy za nocleg w domu w stylu "agroturystyki" - wychodząc z domku rano obskakiwały nas małe owieczki a 100 metrów dalej pasły się dzikie renifery. Wystarczy więc poszukać, a Islandia wcale nie okaże się taka droga.

Źródło: http://www.ismennt.is

Innym noclegiem, który dziś opiszę to nocleg we Lwowie. Na Ukrainie niestety warunki są jeszcze zupełnie inne niż w Polsce, ale można w miarę sensownie przenocować. Dosłownie kilka minut piechotą od głównego placu we Lwowie znajduje się Hostel Kosmonaut. Obecnie hostel ten przechodzi remont, ale po zimowej przerwie działanie ma być wznowione. W pokoju kilkunastoosobowym (było nas dwóch + jeszcze jeden gość w tym pokoju) nocleg w całkiem przyzwoitych warunkach kosztował 2 lata temu niecałe 10 euro, dziś jest nieco drożej. Dostępne dla klientów hostelu są kawa, herbata, a możliwe, że dają nawet i śniadanie - zaspaliśmy więc trudno powiedzieć. Jeśli nocleg ma być w hostelu - ten został przeze mnie sprawdzony i mogę polecić. Mówią po angielsku, po naszemu też próbują. No i wyjaśnią co, gdzie, jak i dlaczego. Koszt noclegu jest oczywiście wyższy, niż w kwaterach prywatnych. Pamiętam, jak kiedyś nocowałem we Lwowie w mieszkaniu emerytowanego nauczyciela fizyki i matematyki, pół godziny drogi piechotą od centrum. Nocleg kosztował 7 czy 8 złotych, ale śpiwór trzeba było mieć własny. No i warunki nie były rewelacyjne, ale opowieści osoby goszczącej - super.

Źródło: http://www.joaoleitao.com

No i jeszcze Budapeszt - wbrew pozorom łatwo znaleźć tam tani nocleg. Osobiście byłem tam tylko raz, na kilkanaście godzin, z czego połowę spędziliśmy śpiąc. Jechaliśmy akurat samochodem, był już późny wieczór i zajechaliśmy do pierwszego napotkanego hotelu. Przy głównej drodze, szybki dojazd do centrum. Nocleg za 3 osoby z łazienką w pokoju kosztował nas około 43 euro - wcale nie tak drogo, ale w Budapeszcie można znaleźć noclegi co najmniej o połowę tańsze. Oczywiście w hostelach. Warunki były całkiem przyzwoite - no i łazienka dostępna w pokoju, zamiast na korytarzu (jak we Lwowie) chociaż też dzielona ze współspaczami z pokoju (jak w przypadku Islandii).

Im dalej na południe tym noclegi tańsze. W całej Serbii przy autostradzie widać tablice z ogłoszeniami o noclegach za 10 euro, w Macedonii też bez problemów w tej cenie można się przespać. Można więc uznać, że w większości krajów rozwijających się lub próbujących, 10 euro jest stawką wystarczającą do przenocowania. Oczywiście koszt w Norwegii może okazać się o wiele większy, jednak przykład Islandii daje szansę na znalezienie czegoś tańszego. Słyszałem na przykład o hostelu w Edynburgu, w którym za 2h pomocy przy sprzątaniu masz nocleg za darmo. Warto więc przed wyjazdem poświęcić kilka minut i znaleźć tani i dobry nocleg.


sobota, 10 marca 2012

Samochód czy taksówka

Często na blogach o tematyce finansowej poruszane są tematy kosztów utrzymania. Czasem zdarza się nawet, że ktoś napisze o kosztach samochodu - przydałoby się to i przy podejmowaniu decyzji o geoarbitrażu. Na początku, należy powiedzieć, że dalsza część nie uwzględnia sytuacji, kiedy samochód jest nam konieczny do pracy, z jakichś przyczyn (np. zdrowotnych) musimy korzystać z samochodu lub mamy małe dzieci i posiadanie samochodu jest po prostu konieczne.

Koszty ponoszone na samochód są zdecydowanie wyższe, niż przeciętnie się uważa. W badaniach GUSu to właśnie wydatki na auto okazują się przez ankietowanych niedoszacowane. W końcu koszt samochodu to nie tylko koszt paliwa. Dochodzą do tego rzeczy takie jak ubezpieczenie, koszty napraw, koszty parkowania, koszty czyszczenia samochodu, opłaty za płyny takie jak olej silnikowy czy płyn do chłodnic i inne. Często są one pomijane przy planach zakupu, jednak należy uznać, że koszty średnio miesięcznie z tego tytułu wynoszą 500zł. To jest koszt stały, który wypada założyć jako minimalny. Drugą sprawą jest koszt utraconych odsetek - inwestując pieniądze przeznaczone na samochód moglibyśmy uzyskać dodatkowe przychody. Załóżmy, że wartość samochodu to 15 000zł - przy 6% netto wychodzi 900zł rocznie, 75zł miesięcznie. Tylko to, że mamy samochód - kosztuje nas więc przy tych założeniach 575zł miesięcznie. Do tego oczywiście amortyzacja - która jest olbrzymim wydatkiem.



Źródło: ukraine2012.gov.ua

Do tego oczywiście dochodzą koszty paliwa. W zależności od paliwa, czy to LPG, benzyna czy olej napędowy. Jakkolwiek by nie liczyć, najtańszy przejazd 100km to około 20zł przy spalaniu 7l gazu na 100km. Wyższe spalanie prowadzi do wyższych kosztów, tak samo jak korzystanie z innych paliw - często wychodzi droższe w przeliczeniu na 100km. Jeśli więc jeździmy 500km miesięcznie - kosztuje nas to około 675zł, 1,35zł za każdy kilometr który przejechaliśmy. 16,66km średnio dziennie. A często zdarza się, że trasa do pracy jest o wiele krótsza, do sklepu jeździ się kilka razy w miesiącu i przebieg jest o wiele niższy.

Patrząc na koszty taksówek w niektórych miastach - wynoszą one czasem mniej niż 1,35zł za kilometr (zwłaszcza "przewóz osób"). Nawet jeśli więcej, ale my jeździmy mniej - i tak opłaca się zrezygnować z samochodu. Jeśli jeździmy tylko 100km miesięcznie samochodem - wyjdzie nas to przy powyższych założeniach około 6zł za kilometr - o wiele więcej niż w taksówce. Do tego oczywiście dochodzi transport miejski - z którego tez korzystać możemy co jeszcze obniży koszty. Jednorazowo - wydajemy więcej (pojedyncza transakcja np. na 30zł za taksówkę) ale w sumie wychodzi nas taniej - przy konieczności naprawy samochodu za 2000zł kieszeń opróżnia się o wiele, wiele mocniej. No i odpada konieczność skrobania szyb w zimowy poranek.

Ciekawy wpis na ten temat umieścił na swoim blogu Jacek Kramarz. Polecam, by zainteresowani tematem przeczytali artykuł pod tytułem: kiedy warto kupić własny samochód.

niedziela, 4 marca 2012

Cena gazu - tu jest prawdziwy arbitraż.

Dziś przykład arbitrażu cenowego. Jak już kiedyś pisałem - dość dużo jeżdżę służbowo samochodem po naszym pięknym kraju. No i czasem muszę zatankować samochód. Najczęściej tankuję gaz, do którego przystosowany jest używany przeze mnie samochód. Jako, że jeżdżę często i daleko to tankuję na stacjach markowych, by mieć pewność co do jakości paliwa. Ceny paliwa są bardzo różne i potrafią zmieniać się nawet kilka razy dziennie. Na początku przykład negatywny.


Źródło: Obrazky.pl

Często zdarza mi się pokonywać trasę Jędrzejów - Kraków. Na tej trasie na długim odcinku drogi znajdują się właściwie tylko dwie stacje. O ile się nie mylę jest to Shell i BP. Stacje te mają lokalizacje pozwalające na utrzymywanie wysokich cen, przez co takie ceny stosują. Cena litra gazu tam tankowanego od kilku miesięcy jest za to stała i utrzymuje się na niezmienionym poziomie promocyjnych 2,99zł. Załóżmy, że tankuję pełny bak paliwa na tej stacji - 32 litry. Wychodzi 95,68zł. Do kwoty tej jeszcze wrócę. Minusem jest też to, że jak poinformował mnie znajomy - w nocy nie można tam zatankować gazu bo nie ma komu. Mam nadzieję taka sytuacja już się zmieniła.

Drugi przykład to trasa Lublin - Kurów. Stacji jest sporo. Na początek - stacja Orlenu w Jastkowie. Pewnego pięknego dnia, w bodajże czwartek, cena litra gazu wynosiła 2,83zł. Dużo taniej niż na tych wymienionych wyżej. Jednak następnego dnia rano cena spadła do 2,79zł a tego samego dnia po południu - wynosiła już 2,69zł. W ciągu kilkunastu godzin spadek o kilkanaście groszy. No ale idźmy dalej. Na tej samej trasie funkcjonują trzy stacje z logo "Orlen paliwa". Gaz na tych stacjach nie różni się jakością od pozostałych. Cena? 2,59zł za litr. Naprawdę, teraz robi to różnicę. Zamiast 95,68zł za pełen zbiornik gazu do zapłaty mam 82,88zł. Prawie 13 złotych mniej. Kilkanaście procent różnicy między różnymi stacjami w Polsce to standard. Nawet na krótkich odcinkach drogi. Kawałek dalej, w Kurowie na stacji Shella tego samego dnia gaz kosztował 2,93zł.

Źródło: motormen.wordpress.com

Nie nakłaniam tu nikogo do korzystania bądź nie korzystania z konkretnych marek koncernów paliwowych. Każda stacja ma inne metody ustalania cen i inną lokalizację. Czasem to BP ma najniższe ceny a czasem Orlen. Najczęściej jednak stacje niezrzeszone - jednak tam ryzyko zatankowania gorszej jakości paliwa niestety jest ciągle wyższe. Warto jednak czasem dowiedzieć się, czy w naszej okolicy nie ma taniej stacji niemarkowej a posiadającej dobrej jakości paliwo w sprzedaży. Coraz częściej takie możliwości dają stacje benzynowe należące do sieci hipermarketów.

Na koniec jeszcze dwa przykłady z zagranicy, z mojego własnego doświadczenia. Na Islandii najczęściej tankuje się na stacjach N1 i Shell i cena paliwa nie powala na kolana tam tak, jak ceny żywności. Paliwo jest nieco droższe, żywność o wiele droższa. Jadąc z kolei do Macedonii przez Słowację, Węgry i Serbię zauważyłem, że często w tych krajach ceny na stacjach były wyższe niż w Polsce. Podejrzewam, że przynajmniej w części było to spowodowane słabym kursem złotówki do euro. Warto jednak jeszcze pamiętać o tym, że nie we wszystkich krajach paliwo jest przystosowane do warunków zimowych i jazda na paliwie na przykład portugalskim podczas mrozów w naszym kraju może nie być dobrym pomysłem.