Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koszty wynajmu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koszty wynajmu. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 czerwca 2013

Nocleg w Zamościu

Niedawno miałem przyjemność odwiedzić Zamość. Miasto w województwie Lubelskim, położone w pięknej lokalizacji i nazywane "Perłą Renesansu". Perłę można w sumie wypić na rynku, co do renesansu - to już nie wiem ;)

Źródło: Arkadia-zamosc.pl

Ale żarty odłóżmy na bok. Samo miasto jest dość ładne i każdy powinien je odwiedzić. Podczas wizyty z soboty na niedzielę rynek i jego okolice wyglądały (w porównaniu z większymi miejscowościami) na wymarłe. Pogoda była ładna, ale nie idealna i pewnie to sprawiło, że turystów było niewielu. Mogliśmy więc swobodnie zwiedzić Rynek i jego okolice.

Tematyka tego bloga skupia się jednak w sporej części na kosztach. Koszt noclegu w Zamościu wcale nie był wysoki. Wybór padł na Pokoje Gościnne Arkadia. W poszukiwaniach pomagały mi jedynie strony internetowe pensjonatów i hoteli i w ten też sposób trafiłem na stronę Arkadii. Wszystko wyglądało bardzo ładnie - świetna lokalizacja (kamienica położona przy rynku), śniadanie w cenie oraz przyzwoita cena. Za pokój dwuosobowy ze śniadaniem zapłaciliśmy 150 złotych, co jest ceną dość atrakcyjną. Zakładając, że śniadanie kosztowałoby nas 15 złotych od osoby, 60 złotych za noc nie jest ceną wysoką. Zwłaszcza w takiej lokalizacji. 

Źródło: Arkadia-zamosc.pl

Jednak pomimo całej atrakcyjności miejsca i przyjemnej obsługi, mam wrażenie standardu raczej hostelowego niż hotelowego. Właściciele tego miejsca zdecydowanie mogliby poprawić standard pokojów, które wyglądają jak sprzed 10-15 lat. Mimo tego problemu, w pokojach było czysto i przyjemnie, choć w pewnym momencie skończyła się ciepła woda... Urok starej kamienicy.

Pokoje Gościnne Arkadia mogą być jednak dobrym wyborem dla osób, które cenią sobie lokalizację, cenę,  a jednocześnie są w stanie zaakceptować nieco niższy standard (niż ten na zdjęciach na ich stronie). Jednak 150 złotych wobec 380 złotych za nocleg dwóch osób w hotelu obok potrafi zrobić sporą różnicę. Za tę cenę chyba jednak warto. Alternatywą jest wybór lepszych warunków, ale dużo dalej od rynku.

P.S.: W standardzie jest śniadanie kontynentalne, ale tym kontynentem nie jest Afryka. Dwie osoby spokojnie się najadły.

środa, 2 maja 2012

14-latka kupiła dom na Florydzie za 12000 dolarów!

Dziś będzie coś, co mnie niesamowicie zainteresowało. Otóż w tym artykule znalazłem informację, że 14-letnia dziewczynka kupiła w Stanach Zjednoczonych dom z dwoma sypialniami za 12 000 dolarów! Niesamowite! Ale powoli, od samego początku.

Willow Tufano ma obecnie 14 lat. Jej matka jest pośrednikiem na rynku nieruchomości. Dziewczynka zaczęła zarabiać pieniądze dzięki sprzedaży przedmiotów pozostawionych w mieszkaniach (przedmiotów tych nie chcieli ludzie/inwestorzy i miała pozwolenie na ich sprzedaż). Przedmioty te wystawiała na amerykańskim portalu internetowym i dość szybko zaczęła zarabiać po 500 dolarów miesięcznie, z czego większość odkładała. Pewnego dnia matka Willow rozmawiała z jej ojcem w sprawie zakupu domu z dwoma sypialniami który został wystawiony na licytację za kwotę 12 000 dolarów, czyli około 38 000 złotych. Dom ma dwie sypialnie. Podejrzewam, że ten dom jest porównywalny z tym, jakie są ceny w Mołdawii a nie krajach rozwiniętych. W pewnym momencie Willow wpadła na pomysł, że może to ona kupi ten dom. Ze względów prawnych było to niemożliwe, ale dom kupiła matka Willow, ta z kolei stanie się właścicielką domu po ukończeniu 18 lat. Połowa tej ceny została zapłacona przez Willow a połowa przez jej matkę.

Sam dom wyglądał podobno jak po przejściu zamieszek, jednak po jego wysprzątaniu udało się znaleźć młodą parę zainteresowaną wynajmem za 700 dolarów miesięcznie. Po 18 miesiącach dom więc się w pełni zwraca - myślę, że nie jeden inwestor byłby zainteresowany taką okazją. No i dodatkowo prawdopodobne jest, że taki dom uda się sprzedać za kwotę chociaż trochę niższą niż 12 000 dolarów - w końcu początkowy wyceniany było on na 100 000 dolarów czyli jakieś 317 000 zł. Niezły biznes i to jeszcze zrealizowany przez czternastolatkę. Zresztą, zobaczcie to wideo:


Dodatkowo dziewczyna za występ w tym programie dostała 10 000 dolarów na artykuły do remontu domu + suszarkę do prania. Dom dostała więc zupełnie za darmo tylko dzięki swojej kreatywności! Historia wydaje mi się być na prawdę niesamowita. Przed dziewczyną, jeśli nie zajdzie w ciąże w przyszłym roku lub nie naogląda się brazylijskich seriali, widzę całkiem niezłą przyszłość. Skoro 14 - latka może sobie kupić dom na własność za tak śmieszne, samodzielnie zarobione pieniądze to sytuacja w Stanach Zjednoczonych jest na prawdę bardzo dziwna. Całe szczęście w Polsce żadnego kryzysu nie było i zanotowaliśmy tylko niewielkie spadki cen mieszkań i domów. Po takich przeżyciach dziewczyna ma dom przynoszący ponad dwa tysiące złotych miesięcznie. Pisałem już o tym, że na emeryturze można żyć za mniej niż 30 dolarów dziennie. Willow Tufano ma już emeryturę na tym poziomie niemalże zagwarantowaną z samych dochodów z tej jednej nieruchomości. Moje wielkie gratulacje!

środa, 11 kwietnia 2012

Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 3

No, czas na kolejną, trzecią, i na razie ostatnią część fotograficznej relacji z wyprawy na Islandię. Na początku chciałbym wam pokazać dwa zdjęcia zrobione właściwie z tego samego miejsca. Miejscem tym był parking dla samochodów wzdłuż drogi którą jechaliśmy. Fiordy jadły nam z ręki:

Fjordy

Fjordy

W jedną z wycieczek wybraliśmy się nad najpotężniejszy wodospad w Europie. Nie jest on co prawda najwyższym wodospadem nawet na Islandii, ale jest to wodospad o największym przepływie wody w całej Europie! Średniorocznie przelewa się tam w ciągu jednej sekundy 193 000 litrów wody, to 11 580 000 litrów w ciągu minuty i 694 800 000 litrów w ciągu godziny. Dalej już nie będę liczył. Oszacowano, że energia wytwarzana przez spadającą wodę to średnio 85 megawatów. Żeby wyprodukować podobną ilość energii trzeba by postawić 85 elektrowni wiatrowych w których wirniki miałyby po 50 metrów długości. Szum spadającej wody był potężny, o wiele potężniejszy niż od opisywanych w części pierwszej wodospadów Seljalandsfoss i Skogafoss.

Wodospad Detifoss

Powiem wam, że w domku który wynajmowaliśmy było niesamowicie. Około 80 metrów kwadratowych, trzy sypialnie, łazienka, salon z aneksem kuchennym. W aneksie była lodówka, zamrażalka, mikrofala, zmywarka, czajnik elektryczny, toster i wiele innych bajerów. W salonie była wieża z zestawem płyt z Islandzką muzyką. Ogólnie dom bardzo wysokiej jakości, ale jak pisałem już kiedyś - płaciliśmy za to grosze. Za 5 osób koszt wynajmu wyniósł nas 150-200zł za dobę (w sumie!). Trochę dzięki znajomości tego miejsca wcześniej przez kolegę który siedział wtedy na Islandii, trochę dzięki jego zdolnościom negocjacyjnym. Wyglądając przez okno z pokoju miałem jednak mniej więcej taki widok:

Gejzery

Po prawej stronie od tych gejzerów znajdował się wygasły wulkan. Wulkan, który zobaczycie na następnym zdjęciu nazywa się Hverfjall lub Hverfell. Ostatnio wybuchł jakieś 2,5 tysiąca lat temu. Wdrapanie się na sam wulkan wcale nie było takie proste, zajęło to sporo czasu i trochę więcej energii. Żeby było ciekawiej, postanowiłem zejść do środka krateru i wejść na szczyt stożka w jego środku. Podpowiem tylko, że Hverfjall ma około kilometra średnicy i z samym zejściem nie było problemu, za to wdrapanie się z powrotem na górę było nie lada osiągnięciem. Tak więc do rzeczy: poniżej zdjęcie wulkanu z jego szczytu oraz zdjęcie z map Google:

Wulkan Hverfjall




Jednym z epizodów naszej wyprawy było odwiedzenie gejzerów. Było to ciekawe zjawisko. Gorąca woda tryskająca w górę, szare bulgoczące błoto, kawałki siarki wokół niektórych gejzerów. Dla oka widok był niesamowicie przyjemny, odwrotnie proporcjonalnie do odczuć nosa. Niestety zapach siarkowodoru był tak silny w niektórych miejscach, że nawet zatkanie ust i nosa rękawem od polaru niewiele dawało. Ale warto było, przynajmniej jest co wspominać.

Gejzery

Również niedaleko od naszego miejsca noclegowego znajduje się jedna z islandzkich elektrowni geotermalnych - Krafla. Jej nazwa pochodzi od czynnego wulkanu o tej właśnie nazwie - ostatnio wybuchał on w 1984 roku. Jest ona jedną z pięciu największych działających na wyspie. Podjeżdżając pod elektrownię zobaczyliśmy... Fiata Pandę z krakowskimi tablicami rejestracyjnymi. W środku konserwy, papier toaletowy - słowem wszystko, czego potrzebuje nowoczesny podróżnik. Teraz to już oficjalne: Polacy są wszędzie. Niestety nad samą elektrownią unosiła się tak gęsta mgła, że nie było fizycznych możliwości zrobienia wielu zdjęć. Jedno z tych które wyszło prezentuje taki oto zbiornik wodny:

Zbiornik wodny w pobliżu elektrowni Krafla

W miejscowości Skogar można odwiedzić muzeum domów torfowych. Właściwie nie są one zbudowane z samego torfu a jedynie nim pokryte, ale wyglądają jakby wychodziły spod ziemi. Dodatkowo w lecie porastają trawą, pięknie się zielenią, więc widok jest niesamowicie przyjemny dla oka. My byliśmy w maju. Jeden z takich torfowych budynków przedstawia ostatnie już w tej serii zdjęcie.


Dom torfowy

Łączny koszt podróży, jak już wcześniej pisałem, wyniósł mnie pomiędzy 2,5 a 3 tysiące złotych. Wliczone są w to bilety lotnicze, alkohol i papierosy (sprzedane na Islandii) ale nie uwzględniłem kosztów zakupu połowy walizki jedzenia. Nie mniej jak na tydzień zwiedzania Islandii, do tego samochodem i z wynajmowaniem domków - chyba nie jest źle. Normalne ceny wycieczek zaczynają się w Polsce od około 2,5 tysiąca, ale Euro. Polecam więc każdemu dobry rekonesans i podróż na własną rękę

Dla przypomnienia - poniżej znajdują się odnośniki do poprzednich dwóch części relacji:

Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 1
Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 2

poniedziałek, 26 marca 2012

Tanie mieszkanie. Dosłownie.

Dopiero pisałem o tanim nocowaniu w kraju i tanim nocowaniu za granicą. Dziś jeszcze pociągnę ten temat i zajmę się tanim mieszkaniem. Tanim mieszkaniem w sensie dosłownym - chodzi o fizyczne posiadanie taniego mieszkania. Co więcej, dziś będzie o małych mieszkaniach. Mam nadzieję, że ciekawie. Musze przyznać, że pisanie dzisiejszego posta sprawiło mi niesamowicie dużą zabawę.

Tanie mieszkanie to mieszkanie niedrogie w utrzymaniu i mało kosztowne w zakupie. Bardzo ciekawie postąpił mieszkający we Wrocławiu Szymon Hanczar - w byłym zakładzie rzemieślniczym, na powierzchni 13 metrów kwadratowych stworzył całe, funkcjonalne mieszkanie. Na antresoli znajduje się łóżko dwuosobowe, spokojnie wejdzie też i trzecia osoba. Na dole "duży" - jak na warunki tego mieszkania - salon, aneks kuchenny i łazienka. Nawet znalazło się miejsce na pralkę. Co prawda w szafie - ale jest.W mieszkaniu podobno została nawet zorganizowana impreza - dla 16 osób!

Co ciekawe, podobny pomysł kiedyś znalazłem w połączeniu z technologią klocków lego. Lego-style apartment to mieszkanie w Barcelonie, gdzie na dwudziestu dwóch metrach kwadratowych zmieściło się to samo, co na wrocławskich trzynastu. No, tylko wystrój nieco inny. Wychodzi na to, że  na małej powierzchni można całkiem przyzwoicie przygotować małe mieszkanie. Poniższy film pokazuje dokładnie, w jaki sposób żyje się w tak małym mieszkaniu i ile frajdy (na początku) i pewnie nerwów (po jakimś czasie) może powodować własny mały kącik:


Pomysł małych mieszkań dla studentów podchwyciła firma z Wrocławia. W dawnym hotelu asystenta ma zostać stworzone 170 mieszkań o powierzchni kilkunastu metrów. Więcej informacji znajdziecie tu. Sam pomysł w mojej ocenie jest genialny. Koszt takiego mieszkania to mniej niż 100 000zł, czynsz z opłatami to pewnie około 100zł miesięcznie. Jeśli miałbym tylko na kilka miesięcy przyjechać do Wrocławia - chętnie bym z czegoś takiego skorzystał. Podobnie, w przypadku osób bardzo zapracowanych lub spędzających w takim mieszkaniu tylko kilka dni w miesiącu. Okazuje się to tańszym rozwiązaniem niż hotel czy nawet hostel - kosztujący we Wrocławiu jak pisałem ostatnio około 70 złotych za noc. Załóżmy, że wynajem takiego mieszkanka to 500zł za miesiąc + 100zł za opłaty. Przy parze mieszkającej w takim mieszkaniu tylko w weekendy (2 noclegi) koszt dobowy wychodzi 37,5zł. Na pewno taniej niż w hostelu. Sam zakup takiego mieszkanka i wynajmowanie go na doby po 70zł mogłoby być zyskowne już przy obłożeniu powyżej 30% dni w miesiącu. Wyśmienity pomysł w mojej ocenie.

Zupełnie innym przykładem, lecz nie mniej ciekawym jest Single Hauz. Jest to co prawda jedynie pomysł koncepcyjny, ale podobno pojawiają się już pierwsze budowy. No ale do rzeczy. Sam domek wygląda tak:

Źródło: Front Architects


Fajny domek, prawda? No i przypomina billboard, których pełno przy naszych drogach. i właśnie na nich wzorowali się twórcy. W środku jest 50 metrów kwadratowych, a sam domek można zbudować wszędzie. Na wodzie, w górach, na łące czy w środku miasta. Wizualizacje stworzone przez pracownię obejmują wiele szalonych lokalizacji. Nie mniej pomysł również jest niesamowicie ciekawy - postawienie takiego domku na środku jeziora dawałoby niesamowite odczucia każdego poranka.

Dzisiejszy post nie był bezpośrednio związany z tematem geoarbitrażu. Chociaż gdyby się głębiej zastanowić - nie wiem czy nie byłoby logicznym zaproponowanie takich rozwiązań w Warszawie. Kawalerka za 100 000zł lub 600zł miesięcznie w Warszawie byłaby pewnie ciekawym rozwiązaniem dla wielu studentów czy osób pracujących w stolicy a mieszkających poza nią. Wtedy 4 noclegi w małym mieszkanku w centrum Warszawy i 3 w podmiejskim domu z wielkim ogrodem. No albo malutka kawalerka jako mieszkanie zapasowe dla pracownika dużej korporacji, nie mającego dużo czasu na powrót do domu podczas ważnych negocjacji z klientami. Możliwości jest wiele, w wszystkie pomysły jak dla mnie łączy jedno: są genialne jako tymczasowe rozwiązanie. Łatwiej przecież i często wygodniej byłoby wynająć takie mieszkanko zamiast pokoju w mieszkaniu studenckim.

Polecam obserwowanie tego trendu, bo wydaje się coraz silniejszy i coraz ciekawszy. W końcu nawet deweloperzy starają się upchnąć coraz więcej pokoi w malutkich mieszkankach.

czwartek, 22 marca 2012

Tanie nocowanie w kraju

Niedawno opisałem jak zdarzyło mi się w miarę tanio spać w kilku ciekawych miejscach poza granicami kraju. Dziś pora na kilka miejsc w których spałem w Polsce. Co ciekawe, w mojej ocenie warunki noclegowe w kraju są lepsze, ale droższe niż za granicą. Piszę tutaj oczywiście pomijając kraje rozwinięte, jak cała Europa Zachodnia. Albo noclegi są gorsze, ale równie tanie.

Dopiero co nocowałem w Hostelu Avantgarde we Wrocławiu. Muszę przyznać, że w mojej opinii właścicielka hostelu mogłaby się nieco bardziej postarać. Co prawda za nocleg w środku tygodnia zapłaciłem 70 złotych, więc i mało i dużo jednocześnie, ale lokalizacja jest super. 10 minut piechotą od rynku. Dużym minusem jest okolica - po zmroku widać pełno grupek w ortalionowych strojach. Następny minus za bardzo mały parking - jeśli ktoś dojeżdża komunikacją publiczną to jest ok, ale dojazd samochodem może być już problemem. Wtedy należy doliczyć 20zł za parking. Warunki w środku hostelu tez nie są rewelacyjne. Jest czysto, ale przynajmniej w pokoju gdzie spałem hostel nie wygląda nowocześnie. Raczej coś jak pokoje dla pracowników. Meble wybrane losowo i w połowie z IKEA, ściany miejscami brudne a na podłodze wykładzina. Spanie jak spanie - w miarę dobre, ale pozostaje niesmak, że za tą cenę można by znaleźć coś lepszego. Innych wrocławskich hosteli nie znam, więc trudno mi porównać sytuację na rynku w tym mieście. Trzeba będzie sprawdzić. Poniżej dwa zdjęcia pokazujące pokój:




Kolejny nocleg który opiszę to już jazda po kosztach całkowicie. Pokoje pracownicze w Katowicach. Cena? Połowę tego co wyżej. 35 złotych od osoby za nocleg w pokoju czteroosobowym. Było nas trzech, pokój był cały dla nas oczywiście. Łazienki na korytarzu. Trochę przepłaciliśmy za dobę, bo gdybyśmy spędzali tam ponad 10 dni cena spadłaby do 20zł za dobę! Więcej informacji można znaleźć chociażby tu. Cena dużo niższa niż we Wrocławiu a jakość już nie tak wiele niższa. Jeśli chcesz zwiedzić Katowice niskim kosztem to można tam przenocować. Oczywiście szału nie ma, ale jest tanio. W miarę sporo miejsc parkingowych pod budynkiem i tramwaje jeżdżące bardzo blisko. Co ciekawe, w okolicy jest też bardzo dobra restauracja z podobno jedyną na śląsku salą myśliwską. Stosunek cena do jakości - całkiem niezły.

No, i żeby było coś przyjemniejszego - na koniec Kazimierz Dolny nad Wisłą. Mała Warszawa w każdy letni weekend. W Kazimierzu Dolnym noclegi możemy znaleźć na każdym rogu prawie każdej ulicy. Koszty ogólnie mówiąc to od 25 złotych w górę, trudno powiedzieć, gdzie ta granica się kończy. Ale na pewno będzie to kilkaset złotych za noc. Za trochę ponad dwieście złotych wynająć można pokój, a właściwie kawalerkę w apartamentach Pod Aniołem. Warunki są super. Pokój który wynajmowaliśmy był dwuosobowy, z balkonem i łazienką w środku. Aneks kuchenny w pełni wyposażony. W sumie - małe mieszkanie. Spokojnie można by się tam wprowadzić i spędzić sporo czasu. Koszt to trochę ponad 100 złotych za osobę za dobę - a warunki na prawdę bardzo dobre. Oczywiście w pokoju duży telewizor LCD z telewizją cyfrową i wieża hi-fi. Na prawdę warto. Widać, że do przygotowania tego pokoju był zatrudniony profesjonalny dekorator - wszystko do siebie pasuje i pięknie wygląda. Poniżej zdjęcie jednego z pokoi (niestety nie znalazłem tego, w którym nocowałem):

Źródło: e-turysta.pl

Rozrzut w cenach jest więc spory i wszystko zależy od tego ile chcemy wydać. Jeśli nasz budżet jest niewysoki lub pieniądze przeznaczone na wyjazd chcemy wydać w inny sposób - można szukać najtańszych hosteli czy nawet miejsc w pokojach pracowniczych. Geoarbitraż to jednak nie tylko obniżanie kosztów życia. To także podnoszenie standardu - dlatego przy wyższym budżecie warto szukać bardzo komfortowych warunków - i obiema rękami mógłbym w takim wypadku polecić apartamenty w Kazimierzu Dolnym, o których napisałem powyżej.

sobota, 17 marca 2012

Tanie nocowanie

Tanie spanie. Jeden z najważniejszych punktów wyjazdów zagranicznych - ale także i krajowych. Wbrew pozorom dziś nie będzie o bezpłatnym nocowaniu u znajomych czy nieznajomych, lecz o hostelach i tanich, ale płatnych noclegach. Spanie w warunkach bezpłatnych nie zawsze jest możliwe, a zapłacenie za nocleg kilkudziesięciu złotych dla bezpieczeństwa i wygody jest często najrozsądniejszym rozwiązaniem.

Pierwszym tanim noclegiem będzie ten, o którym kiedyś pisałem w związku z Islandią. W małej miejscowości (no, jak na Islandię wcale nie takiej małej - około 300 mieszkańców) Reykjahlíð nad jeziorem Mývatn wynajmowaliśmy w 5 osób domek, około 80 metrów kwadratowych - jeśli nie więcej. W domku były trzy sypialnie, łazienka, wielki salon połączony z kuchnią - a tam wszystko: lodówka, zmywarka, telewizor, wieża hi-fi i cała reszta sprzętu agd i rtv. Za cały nocleg zapłaciliśmy między 150 a 200zł, około 35 złotych od osoby za noc - i to wszystko na Islandii! Niestety nie pamiętam w tym momencie dokładnego adresu czy nazwiska osoby od której wynajmowaliśmy domek, jednak ceny na tym poziomie poza sezonem są normalne. Niewiele więcej płaciliśmy za nocleg w domu w stylu "agroturystyki" - wychodząc z domku rano obskakiwały nas małe owieczki a 100 metrów dalej pasły się dzikie renifery. Wystarczy więc poszukać, a Islandia wcale nie okaże się taka droga.

Źródło: http://www.ismennt.is

Innym noclegiem, który dziś opiszę to nocleg we Lwowie. Na Ukrainie niestety warunki są jeszcze zupełnie inne niż w Polsce, ale można w miarę sensownie przenocować. Dosłownie kilka minut piechotą od głównego placu we Lwowie znajduje się Hostel Kosmonaut. Obecnie hostel ten przechodzi remont, ale po zimowej przerwie działanie ma być wznowione. W pokoju kilkunastoosobowym (było nas dwóch + jeszcze jeden gość w tym pokoju) nocleg w całkiem przyzwoitych warunkach kosztował 2 lata temu niecałe 10 euro, dziś jest nieco drożej. Dostępne dla klientów hostelu są kawa, herbata, a możliwe, że dają nawet i śniadanie - zaspaliśmy więc trudno powiedzieć. Jeśli nocleg ma być w hostelu - ten został przeze mnie sprawdzony i mogę polecić. Mówią po angielsku, po naszemu też próbują. No i wyjaśnią co, gdzie, jak i dlaczego. Koszt noclegu jest oczywiście wyższy, niż w kwaterach prywatnych. Pamiętam, jak kiedyś nocowałem we Lwowie w mieszkaniu emerytowanego nauczyciela fizyki i matematyki, pół godziny drogi piechotą od centrum. Nocleg kosztował 7 czy 8 złotych, ale śpiwór trzeba było mieć własny. No i warunki nie były rewelacyjne, ale opowieści osoby goszczącej - super.

Źródło: http://www.joaoleitao.com

No i jeszcze Budapeszt - wbrew pozorom łatwo znaleźć tam tani nocleg. Osobiście byłem tam tylko raz, na kilkanaście godzin, z czego połowę spędziliśmy śpiąc. Jechaliśmy akurat samochodem, był już późny wieczór i zajechaliśmy do pierwszego napotkanego hotelu. Przy głównej drodze, szybki dojazd do centrum. Nocleg za 3 osoby z łazienką w pokoju kosztował nas około 43 euro - wcale nie tak drogo, ale w Budapeszcie można znaleźć noclegi co najmniej o połowę tańsze. Oczywiście w hostelach. Warunki były całkiem przyzwoite - no i łazienka dostępna w pokoju, zamiast na korytarzu (jak we Lwowie) chociaż też dzielona ze współspaczami z pokoju (jak w przypadku Islandii).

Im dalej na południe tym noclegi tańsze. W całej Serbii przy autostradzie widać tablice z ogłoszeniami o noclegach za 10 euro, w Macedonii też bez problemów w tej cenie można się przespać. Można więc uznać, że w większości krajów rozwijających się lub próbujących, 10 euro jest stawką wystarczającą do przenocowania. Oczywiście koszt w Norwegii może okazać się o wiele większy, jednak przykład Islandii daje szansę na znalezienie czegoś tańszego. Słyszałem na przykład o hostelu w Edynburgu, w którym za 2h pomocy przy sprzątaniu masz nocleg za darmo. Warto więc przed wyjazdem poświęcić kilka minut i znaleźć tani i dobry nocleg.


czwartek, 8 marca 2012

Cena życia w Warszawie

To, że wszyscy mówią, że w Warszawie jest drogo to prawda. Przez 4 lata mieszkałem w Warszawie i przywykłem wtedy do tamtejszych cen. Obecnie od ponad 2 lat nie mieszkam w stolicy, ale ze względów zawodowych bardzo często tu bywam. I zdecydowanie zauważam, że to do czego kiedyś byłem przyzwyczajony - teraz zaczyna mi przeszkadzać. Ceny w zwykłych sklepach są wysokie. Rzeczy podstawowe, jak mleko czy cokolwiek kupuje się na śniadanie są drogie zwłaszcza w miejscach, gdzie jest duże natężenie ruchu osób wracających z pracy. W centrum czy na Mokotowie - ceny są wysokie. Jeszcze w czasie gdy mieszkałem na Mokotowie - co jakiś czas robiliśmy duże zakupy w sklepie internetowym i wychodziło nas taniej niż w sklepie osiedlowym - no i jeszcze wszystko do domu przynieśli.


Źródło: oda.info.pl

Jeśli chodzi o restauracje - tu jest różnie. Są drogie restauracje, owszem. Przeciętnie ceny są wyższe niż w innych miastach w których bywam. Ale można spokojnie znaleźć restauracje o cenach "normalnych" - gdzie za obiad zapłacisz porównywalnie z innymi, mniejszymi miejscowościami - i dobrej jakości. Warto tu wspomnieć chociażby restaurację w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego. Bardzo zdziwiłem się zaś niedawno, kiedy zamawiałem danie z kebaba na wynos. Surówka, frytki no i oczywiście mięcho - koszt 26 złotych przy Alei Jana Pawła II. Dokładnie identyczny zestaw zamawiam czasem w Krakowie - koszt tam to 13 złotych. Czyli w Warszawie płacę 100% więcej! No niby racja - lokalizacja, ale niesmak pozostaje.

Dużym problemem w warszawskich sklepach i restauracjach - przynajmniej w mojej ocenie - jest duża polaryzacja w ich obciążeniu. Bardzo często zdarza się, że kolejki są tak duże, że wszystkiego się odechciewa. Zwłaszcza w klubach, pubach i restauracjach w okolicach weekendu, sklepach po południu czy spożywczakach w centrum w godzinach pracy. Innym zaś razem te same miejsca są tak puste, że strach wchodzić. Idealnie działa tutaj określenie godzin szczytu i dlatego wiele miejsc wprowadza "happy hours" by pozyskać klientów w innych godzinach.

Żródło: mojaszuflada.blox.pl

O cenach mieszkań w ogóle ciężko rozmawiać, o ile dla osób i rodzin od wielu lat pracujących i zarabiających w Warszawie ceny wydają się normalne, to w porównaniu z innymi miastami często powalają. Kawalerkę wynajmuje się często w stolicy za 1500zł + opłaty, w Łodzi w okolicach centrum można znaleźć oferty za 500 złotych. Nawet mam znajomych którzy w Krakowie, 10 minut od rynku wynajmują kawalerkę w cenie 500 zł + opłaty. Koszty zakupu mieszkań są w Warszawie blisko 2x wyższe niż w Łodzi czy Katowicach, kilkadziesiąt procent wyższe niż w innych miastach. To, że zarobki również są tu wyższe to fakt. Ale wizyta czy przeprowadzka do Warszawy może początkowo wywołać szok zwłaszcza dla osób z mniejszych miejscowości.

Koszty komunikacji miejskiej są również wysokie - bilet jednorazowy normalny kosztuje 3,60zł. Do tego koszty parkowania. Nie dziwne, że dużo korzystniejsze jest wykupienie biletu okresowego, ale przy jednorazowym przejeździe i za benzynę może wyjść mniej niż za bilet. Do tego po Warszawie jeździ niesamowicie dużo samochodów służbowych - zdecydowanie bardziej rzuca się to w oczy. Konkretne marki często się powtarzają, auta są klasy średniej lub wyższej i najczęściej z oznaczeniami firm albo przedsiębiorstw obsługujących floty.

Ze wszystkich powyższych względów następuje proces geoarbitrażu - o którym kiedyś już pisałem. Coraz częściej ludzie przeprowadzają się pod Warszawę lub gdzieś dalej - ale wzdłuż linii kolejowej. W ten sposób w cenie dwupokojowego mieszkania na Mokotowie mają 2-3 razy większy dom pod Warszawą, a czas dojazdu i tak zajmuje tyle samo. Tylko nie samochodem a kolejką miejską. Taki proces ma trwać i w najbliższych latach z Warszawy ma wyprowadzić się co najmniej ćwierć miliona osób. Myślę, że ich miejsca szybko jednak zostaną zastąpione przez młodych ludzi przyjeżdżających do Warszawy na studia czy w poszukiwaniu lepszej pracy. Warto obserwować co się dzieje z tym miastem, daje to bowiem bardzo ciekawy obraz zmian w naszej kulturze i gospodarce. No i przede wszystkim daje szansę na znalezienie kolejnych pomysłów jak żyć taniej i lepiej.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Jak żyć na emeryturze za mniej niż 30$ dziennie.

Dziś artykuł będzie w dużej części o jedną z informacji na portalu International Living Magazine. Znalazłem tam bardzo ciekawe wyliczenia życia w różnych krajach na świecie i poradę, jak przeżyć "po królewsku" za 30$ dziennie, czyli około 100 zł. Na początek - wynajęcie domu. Taki z dwoma sypialniami to wydatek około 250$ miesięcznie - jakieś 780zł. Drogo? Wręcz przeciwnie. Za tą kwotę możemy wynająć kawalerkę w Łodzi albo pokój w mieszkaniu w Warszawie. Takie okazje możemy znaleźć w miejscowościach takich jak Merida w Meksyku czy Vilcabamba w Ekwadorze (nie mylić z Vilcabamba w Peru :) ). Cena taka mnie nie zaskoczyła, ale jednak należę do tych ciekawski. Wrzucam więc w wyszukiwarkę informacje o domach do wynajęcia w miejscowości Merida i otrzymuję chociażby coś takiego: dom o powierzchni 180m2 (150m2 powierzchni użytkowej), 3 sypialnie, garaż, 2 i 1/2 łazienki (ciekawe co to znaczy), telefon i dwa klimatyzatory za 4500 meksykańskich pesos. No a jak pesos, to od razu budzi się skojarzenie:


Dwa tysiące kolumbijskich pesos :). W przerwie do obejrzenia i przypomnienia:


 No ale do rzeczy. 4500 meksykańskich pesos to niecałe 1100zł (żebyśmy mieli to od razu za sobą: 4500 kolumbijskich pesos to mniej niż 8 zł). Czyli za tysiąc złotych spokojnie znajdziemy dom,  nie  którym w dobrych warunkach mogą żyć spokojnie dwie osoby, a pewnie i kilku gości. No ale przecież nie będziemy sami tego wszystkiego sprzątać. Pełnoetatowa gosposia? 125$. Czyli za 1500 złotych mamy 180 metrowy dom z gosposią. Tyle samo wynosi rata kredytu mieszkaniowego na kawalerkę w Warszawie. Kawalerkę o powierzchni 30 metrów. Gdybyśmy chcieli zjeść na mieście to za dwie osoby zapłacimy jakieś 15$ - a podejrzewam, że i gosposia jakieś śniadanie przygotuje w ramach swojej pensji. Gdybyśmy musieli skoczyć do lekarza - robi się drogo. Wizyta kosztuje jakieś 40$.

No ale podsumujmy: dom z gosposią - pojedźmy po całości - 2000zł z wydatkami na wszystkie sprawy. Jedzenie - 20x w miesiącu na mieście to koszt 1300zł. Do tego 500zł na jedzenie w domu. Wychodzi 3800zł. Dodajmy do tego 1200zł na rozrywki i inne wydatki. Wychodzi łącznie 5000zł za dwie osoby. Nie jest źle.

Powyższa analiza jest czysto teoretyczna i należy podczas planowania wszystko sobie dokładnie obliczyć. Jestem jednak przekonany, że przy nieco skromniejszych warunkach można znaleźć miejsce dla siebie za połowę tej kwoty. Chociaż oczywiście prawdopodobnie w nieco gorszych warunkach - zakładając podobną lokalizację. Tu właśnie sprawdza się powiedzenie, że ludzie są jak buty. Są buty prawe i lewe, są kolorowe, na obcasach, skórzane czy z innych materiałów. Jest ich bardzo dużo, i są bardzo różne. Nie każdy każdemu pasuje. Warto więc myśląc o geoarbitrażu dobrze wszystko przemyśleć. Nie zawsze najtańszy kraj w Europie, czy nawet najtańszy kraj na świecie sprawi, że będziemy bardziej zadowoleni z życia.



niedziela, 29 stycznia 2012

Geoarbitraż do kraju bogatszego?

No właśnie, chciałbym dziś poruszyć ten temat. Bo zasadniczo definicja geoarbitrażu polega na tym, że zarabiamy w kraju bogatszym (lub mamy dochód pasywny) a wydajemy w kraju tańszym. A co by było gdybyśmy zarabiali w kraju biedniejszym a wydawali w kraju bogatszym?

To co napisałem jest mocno przewrotne, bo jest sprzeczne z tym na czym geoarbitraż polegać powinien. No ale spróbujmy. Jakiś czas temu byłem na Islandii, jakiś miesiąc przed "mocnym sezonem" - kiedy to ceny są dużo wyższe bo wyspę odwiedzają turyści z całego świat. Wtedy właśnie przez miesiąc czy dwa pogoda jest najładniejsza, ceny najwyższe no i oczywiście turystów jest najwięcej. To nas jednak nie interesuje. Interesuje nas to, co się tam dzieje poza tym czasem, a jest to bardzo ciekawe: otóż domki, pokoje w pensjonatach czy w agroturystyce można wynająć niesamowicie tanio jak na tamtejsze warunki, ceny są zbliżone lub nawet niższe niż te w u nas w kraju a warunki są o niebo lepsze. Jako przykład mogę podać jeden domek który wynajmowaliśmy w 5 osób - kosztował nie więcej niż 200zł za dobę (na 5 osób!; o ile dobrze pamiętam to kwota ta wyniosła około 150zł), był nowy, miał chyba ze 100m2, 3 pokoje, łazienkę z ciepłą wodą prosto spod ziemi, kilkudziesięciometrowy salon z aneksem kuchennym a tam telewizor, wieża, zmywarka, lodówka, mikrofalówka i wszystkie inne rzeczy których w Polsce w takim domku nie uświadczysz. Widok przez okno tak piękny, że chce się siedzieć i kontemplować przyrodę przy niemal zerowych odgłosach cywilizacyjnych.

Przy wynajmie na jakiś miesiąc myślę, że z właścicielem można by się dogadać na cenę około 100zł za dobę (poza sezonem), co nawet przy trzech osobach dałoby kwotę 1000zł za miesiąc - a są to ceny za jakie nierzadko wynajmuje się w Warszawie pokój wielkości kilkunastu metrów. Jedzenie - wiadomo, droższe niż w kraju. Alkohol - piwo w sklepie (jest tyskie, jest żywiec) to około 8zł za puszkę, 0,7l żubrówki kosztuje około 120-130zł a najtańsze wino - 3l białego wina stołowego z kartonu to 85zł. Papierosy - dużo droższe niż u nas. Ale jeśli ktoś jest w stanie zarabiać powyżej 5000zł miesięcznie niezależnie od miejsca zamieszkania - może zdecydowanie próbować spędzić tam jakiś czas, jest przepięknie i na pewno będzie żył lepiej i spokojniej niż w Warszawie. Wszystko o czym piszę nie dotyczy oczywiście Reykjaviku a mniejszych i spokojniejszych miejscowości. No i oczywiście najważniejszy jest koszt przelotu - około 1500zł w obie strony.

Żeby jednak być w pełni szczerym - pogoda tam potrafi się zmieniać niesamowicie szybko i powiedzenie mówiące o tym, że w ciągu jednego dnia można przeżyć tam 4 pory roku jest zdecydowanie prawdziwe. Jadąc samochodem można to przeżyć nawet w godzinę. Ale czy nie chcielibyście wychodząc rano przed domek, zaraz po przebudzeniu, z kubkiem gorącej kawy w dłoni obserwować jak jakieś sto metrów dalej pasą się renifery?

sobota, 28 stycznia 2012

Definicja geoarbitrażu część 2: skąd wzięła się nazwa?

Skąd wzięła się nazwa geoarbitrażu? Na początku wypadałoby opisać czym jest sam arbitraż - ale jest to pojęcie bardzo szerokie i ma wiele znaczeń. Jest arbitraż sportowy - czyli bardzo upraszczając sędziowanie, jest arbitraż w prawie - będący metodą rozwiązywania sporów. Jest również kilka innych definicji, nas jednak będzie interesowało to pojęcie ujęte od strony ekonomii, bankowości i finansów.

Najczęściej arbitraż jest rozumiany jako jednoczesna transakcja zakupu i sprzedaży czegoś wartościowego od dwóch stron. Zakup jest po niższej cenie, sprzedaż po wyższej - osiągany jest więc zysk dzięki posiadanej wiedzy o różnicach cen. Często arbitraż stosowany jest między różnymi rynkami (Polska - zagranica, Europa - Stany Zjednoczone). Przedmiotem obrotu w tego typu transakcjach są najczęściej waluty czy akcje. Arbitraż jest też wykorzystywany w okresie bliskiego terminu zapadalności kontraktów terminowych - różnica w wartości akcji i kontraktów terminowych na akcje lub indeksy giełdowe może przynosić zysk. Najważniejsze jest więc zauważenie różnicy między różnymi rynkami oraz dokonanie transakcji - często natychmiastowo, ponieważ rynek bardzo szybko wyłapuje obecnie takie różnice (dzięki zaawansowanym modelom ekonomicznym).

Geoarbitraż rozumiany w ten sposób powinien więc przynosić zysk. Przynosi go w postaci oszczędności. Jak napisałem w poście "Definicja geoarbitrażu" polega on na wykorzystaniu różnicy cen na różnych rynkach. Oczywiście ceny różnych dóbr i usług w różnych krajach, a nawet w ramach samych państw (krajowy przykład podałem tu). Inne są ceny życia na Islandii, inne w Polsce a jeszcze inne w Indiach. Nie zmieniając swojego poziomu dochodów a zmieniając miejsce pobytu na tańsze możemy odczuć znaczną poprawę stanu naszych finansów. Podam jeszcze jeden przykład: koszt wynajęcia kawalerki w Warszawie to około 1500zł. Jeśli doliczymy opłaty (czynsz, woda, prąd, gaz, ubezpieczenie i inne) kwota ta pewnie wyniesie około 2000zł. Przyjmijmy, że jest to około 450 euro (różnie w zależności od kursu). Wybierzmy sobie więc dziś Tajlandię: cena wynajmu kawalerki to około 100-200 euro miesięcznie. Załóżmy, że z opłatami i za nieco lepsze mieszkanie zapłacimy 300 euro miesięcznie. 150 euro miesięcznie zostaje na czysto. Nie jest źle. A tyle akurat kosztowałoby nas miesięczne wyżywienie w Tajlandii.

Powiedzmy więc, że zarabiamy w Polsce 4000zł. Połowa idzie na mieszkanie a połowa na jedzenie i rozrywki. Zarabiając tyle samo a mieszkając w Tajlandii mamy opłacone mieszkanie, mamy wyżywienie i zostaje nam 2000zł na rozrywki (za te same dwa tysiące w kraju musimy jeszcze przez miesiąc jeść...). I tak wygląda właśnie praktyczne podliczenie arbitrażu miejsca zamieszkania.