IKZE, czyli indywidualne konto zabezpieczenia emerytalnego to jedno z rozwiązań mających zachęcić nas do samodzielnego odkładania (oszczędzania, inwestowania) pieniędzy na emeryturę. Czy jest ono dobre czy złe - czas pokaże, ale jak to zawsze bywa wiele osób z tego rozwiązania korzysta, a wiele je krytykuje.
Zaletą IKZE jest to, że możemy od dochodu już teraz odliczyć do 4% dochodu, który wpłacamy na IKZE. Największym minusem jest to, że nie wiemy jaka stopa oprocentowania będzie obowiązywała te oszczędności w momencie przejścia na emeryturę. Jednak wpłaty na IKZE nie są możliwe zawsze. Skorzystać z odliczenia możemy, jeśli:
- pracujemy na podstawie umowy o pracę
- pracujemy na umowę o dzieło i opłacamy składki emerytalne
- pracujemy na umowę zlecenia i opłacamy składki emerytalne.
Wszystkie osoby osiągające więc dochody z umowy zlecenia i o dzieło, które nie płacą składki emerytalnej z tego rozwiązania skorzystać nie mogą. W praktyce dotyczy to bardzo dużej liczby osób - w tym mnie. Jednak w dalszym ciągu możemy skorzystać z odliczenia, jeśli pracujemy na umowę o pracę.
Jeśli umowa o pracę opiewa na 3000 złotych brutto, to miesięczne odliczenie wynosi 120 złotych, 1440 złotych w skali roku. I właśnie ta kwota obniży nam podstawę opodatkowania o blisko 260 złotych w tym przypadku.
Jednak opłaca się w końcu zakładać IKZE czy nie? W mojej ocenie tak, ale tylko w przypadku agresywnego inwestowania tych pieniędzy. Jeśli mają leżeć na koncie oszczędnościowym - raczej nie będzie to miało sensu. Jeśli trafią do agresywnych funduszy inwestycyjnych czy też do biura maklerskiego - rozwiązanie okazać się może korzystne. I właśnie z tego ostatniego rozwiązania korzystam.
Ostatnie miesiące spędziłem w dużej mierze na szykowaniu się do przejęcia od dewelopera mieszkania. Wykończenie, dokumenty, przeprowadzka - to standardowa procedura. Podobnie jak podłączenie się do sieci elektrycznej. I o tym będzie dzisiejsza opowieść.
Źródło: dreamstime.com/
Podpisanie umowy z zakładem z sieci PGE przebiegało niesamowicie sprawnie i w miarę szybko - dużych kolejek nie było. Możliwa była również telefoniczna zmiana błędnie wprowadzonych do systemu danych. Póki co nie miałem więc powodów do narzekań. Aż do czasu, kiedy trafiła do mnie faktura elektroniczna. Nie chodzi o formę - sam przecież wybrałem otrzymywanie ich w tej formie. Chodzi o prognozę zużycia.
Prognoza zużycia energii elektrycznej ma za zadanie oszacowanie potencjalnego jej zużycia w kolejnych okresach rozliczeniowych. Ile więc energii elektrycznej zużyję w kawalerce pozbawionej zbędnego sprzętu (jak energochłonny telewizor) i przy założeniu, że wszystkie żarówki są energooszczędne?
Podpowiedź: znane mi gospodarstwo domowe złożone z 4 osób, mieszkanie trzypokojowe i standardowe zużycie prądu, otrzymuje faktury w wysokości 200 złotych raz na dwa miesiące. Znajomy posiadający kawalerkę w Warszawie płaci za energię elektryczną około 100 złotych raz na dwa miesiące. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy prognoza na kolejne dwa miesiące wyniosła w moim przypadku blisko... 340 złotych!
Zużycie takiej ilości wymagałoby około 2000 kilowatogodzin rocznie. Czyli mniej więcej 7 lodówek działających non stop. Albo 1666 godzin pracy urządzenia o mocy 1200W (suszarka, odkurzacz czy toster). Albo blisko 91 000 godzin świecenia energooszczędnej żarówki o mocy 22W dającej światło takie, jak zwykła żarówka o mocy 94W.
Praktycznie jedynym urządzeniem w mieszkaniu które musi działać non-stop jest lodówka. Te energooszczędne wymagają poniżej 300 kilowatogodzin w ciągu roku. A co z prognozowanymi pozostałymi 1700 kilowatogodzinami?
Źródło: gstatic.com
Odpowiedź jest jedna, ekonomiczna. Wyobraźmy sobie, że zakład energetyczny ma milion klientów takich, jak ja. Muszą więc płacić za prognozę 340 mln złotych raz na dwa miesiące. Załóżmy jednak, że zużycie będzie o połowę mniejsze i wyniesie 170 mln złotych w skali dwóch miesięcy. Tylko to daje ponad 11 000 złotych netto odsetek przy zdeponowaniu środków na lokacie oprocentowanej w skali 3%. W skali roku daje to ponad 4 miliony złotych dodatkowego zysku. A biorąc pod uwagę, że nadpłacone środki nie są rozliczane od razu - pewnie kwota ta jest o wiele większa.
Co więc zrobić, gdy przesłana nam prognoza jest zdecydowanie zawyżona? Nie pozwólmy, by na odsetkach zarabiał zakład energetyczny. Zażądajmy urealnienia prognozy lub wręcz zmieńmy sposób rozliczenia na taki, na podstawie faktycznego zużycia energii elektrycznej.
A jakie koszty energii elektrycznej ponosisz Ty, drogi czytelniku?
Przeczytałem dziś wpis na jednym z blogów, który zachęcił mnie do przedstawienia wam mojego sposobu radzenia sobie z "drobniakami". Wpis pod tytułem "Świnka skarbonka" nie zawiera mnóstwa informacji, nie jest też czymś, co zmieni Wasze życie. Ale każdy taki wpis to szansa na to, że ktoś zacznie oszczędzać, a później nawet inwestować pieniądze.
W moim przypadku świnka skarbonka jest metalową puszką, która kupiona została za kilkadziesiąt koron w Czechach (w Polsce dostępne są podobne). Jest spora, dzięki czemu mieści się tam wiele monet. Ale to tylko część prawdy.
Przyznam się, że nienawidzę monet jako środka płatności. Są ciężkie, jest ich zawsze dużo i zawsze się gdzieś pamiętają. Jeśli tylko mogę - płacę kartą. Jeśli nie - banknotami. W efekcie tego rozwiązania pojawiają się też monety. A jeszcze do niedawna mój portfel był pozbawiony miejsca na monety. Co więc działo się z metalowym pieniądzem? Trafiał do dwóch miejsc: kieszeni (najczęściej w kurtce) oraz popielniczki w samochodzie (nie palę, więc nadaje się ona idealnie).
Monety w popielniczce idealnie przydają się do opłat za parking, lecz z czasem staje się ich zbyt dużo i należałoby się ich jakoś pozbyć. Podobnie zresztą z monetami w kieszeniach - nie lubię zbędnego obciążenia, więc te szybko lądują na biurku lub od razu w skarbonce. W efekcie wszystkie monety i tak trafiają do jednego miejsca.
Jaki jest tego efekt? Rocznie zbiera się kilkaset złotych. Kwota całkiem konkretna.
I na koniec jeszcze jedna ciekawostka - identyczna skarbona, różniąca się jedynie wzorem namalowanym na puszce, trafiła do bardzo bliskiej mi osoby. Efekt? Początkowo mizerny, ale jak już skarbonka zaczęła się napełniać, idzie coraz lepiej. Po jej otwarciu pewnie przyjdzie miłe zaskoczenie i jedna lekcja: oszczędzanie się opłaca!
Ostatnio
miałem okazję kilkukrotnie odwiedzić sklepy sprzedające
wszelkiego rodzaju sprzęty gospodarstwa domowego i tym podobne
urządzenia. No cóż, zbliżają się spore wydatki na tę kategorię
i warto zastanowić się nad zakupami.
Moją
uwagę przykuły informacje o energooszczędności sprzedawanych
obecnie urządzeń. Chyba nie widziałem ani jednego z klasą "B".
Były jedynie "A", "A+", "A++",
"A+++"... Czyli jedne lepsze od drugiego. Jednak
najważniejsze jest to, czy faktycznie opłaca się kupować sprzęt
energooszczędny? Otóż niekoniecznie.
Na
początku musimy zrobić niewielkie założenia. Znalazłem na
stronie Urzędu Regulacji Energetyki średnią cenę energii
elektrycznej dla gospodarstw domowych za rok 2012 na poziomie nieco
ponad 50 groszy. Z drugiej jednak strony jeden z serwisów
internetowych wskazuje cenę energii elektrycznej w bieżącym roku
na około 60 groszy, w zależności od taryfy i lokalizacji. Dla
naszych potrzeb przyjmiemy wartość 50 groszy za każdą
kilowatogodzinę.
Załóżmy
również, że interesuje nas zakup lodówki. Do wyboru mamy dwa
modele, nie różniące się niczym poza zużyciem prądu i ceną.
Lodówka
#1 kosztuje 1500 złotych i pobiera rocznie 250 kWh
Lodówka
#2 kosztuje 1200 złotych i pobiera rocznie 270 kWh
Różnica
w cenie to aż 300 złotych, a różnica w poborze energii
elektrycznej to jedynie 20 kWh. Na podstawie założeń cen energii
elektrycznej (powyżej) dochodzimy do wniosku, że lodówka która
jest bardziej energooszczędna pozwoli nam na zaoszczędzenie około
10 złotych rocznie*. Oznacza to, że musiałaby działać
bezawaryjnie przez 30 lat, by zwrócił się koszt dodatkowych
pieniędzy na nią przeznaczonych!!! Zupełne wariactwo! Raczej nie
będzie to bowiem lodówka Mińsk, działająca przez taki okres
nawet bez wymiany żarówki.
* -
zapewne zdziwi Was pominięcie inflacji. Otóż jak najbardziej ją
pomijam, bowiem te 300 złotych oszczędności może pracować przez
ten czas na koncie oszczędnościowym i założyć możemy wzrost cen
prądu o poziom inflacji (średniorocznie).
Ile
więc przy takich cenach musiałaby pobierać prądu droższa lodówka
by opłacało się ją kupić, zakładając, że będzie działała
przez 8 lat? Jakieś 195 kWh na rok.
Podsumowując,
energooszczędne nie znaczy ekonomicznie uzasadnione. Może się
bowiem okazać, że pralka, lodówka czy zmywarka choć są o wiele
bardziej energooszczędne, to jednak niekoniecznie opłacalne w
zakupie. Jeśli na każdym z urządzeń oszczędzamy 10 złotych
rocznie + 5 złotych na wodzie, to łączne oszczędności wyniosą
40 złotych. A jeśli każde z nich kosztowałoby dokładnie tyle, co
opisane wyżej lodówki - to różnica w cenie zakupu wyniosłaby...
900 złotych.
Przed
zakupem sprawdźcie, czy kupno droższej, ale bardziej
energooszczędnej lodówki ma sens. Często nie ma. Ale jeśli macie
do wyboru dwa produkty w tej samej cenie o innym zużyciu - wybór
staje się wtedy o wiele prostszy.
Całe zamieszanie związane z OFE musi nas, Polaków, w końcu czegoś nauczyć. Osobiście jestem zdecydowanym przeciwnikiem całkowitego przechodzenia do ZUS, nie mniej nie będę dziś o tym pisał.
Zamieszanie spowodowane przez rząd bardzo szybko było widoczne na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Indeksy runęły dość konkretnie w ciągu dwóch dni. Jednak spadek ten został szybko odrobiony. Czyżby więc inwestorzy uznali, że zmiany nie są jednak tak złe jak się spodziewali? Czy też pojawili się nowi inwestorzy kupujący "w dołku"? Nie ważne.
Ważne jest to, że to zamieszanie powinno nas nauczyć czegoś ważnego: o emeryturę powinniśmy zadbać samodzielnie, oszczędzając i inwestując pieniądze. Jeśli otrzymamy pieniądze z I i II filara, to będą one raczej niewielkie. Osobiście mam jeszcze tak dużo lat pracy przed przejściem na emeryturę, że nawet niewielkie, comiesięczne oszczędności są w stanie wygenerować mi całkiem solidne dochody w przyszłości.
Proponuję, by robić to w kilku wariantach, jeśli mamy na to środki finansowe:
1. IKE - wpłaty do 11 139 złotych w tym roku, szeroki wachlarz sposobów oszczędzania
2. IKZE - wpłaty do 4% ubiegłorocznego wynagrodzenia brutto (1200 zł rocznie jeśli zarabiamy 2500 zł brutto)
3. Oszczędności w banku - tu sugeruję założenie konta oszczędnościowego i ustawienie niewielkiego zlecenia stałego, na przykład w kwocie 10 czy 15 złotych tygodniowo lub 50 złotych miesięcznie.
4. Oszczędności w funduszach inwestycyjnych - zazwyczaj wystarczy nam 100 zł miesięcznie by oszczędzać systematycznie, na przykład za pomocą Supermarketu Funduszy Inwestycyjnych w mBanku
5. EKO - Emerytalne Konto Oszczędnościowe, które być może zostanie wprowadzone, mogłoby dopełnić sposobów oszczędzania.
Wiem, że za chwilę pojawią się głosy negatywne i to pewnie w wielu aspektach. Ale jeśli ktoś napisze, że zarabia 1000 zł i nie ma z czego oszczędzać, to niech zacznie od oszczędzania 10 zł miesięcznie. Efekty będą widoczne, być może niezbyt szybko, ale będą widoczne.
Pamiętajcie, to od Was zależeć będą Wasze emerytury!
Dziś post będzie bardzo krótki. Ale za to treściwy.
Właśnie rozpocząłem blogowanie na temat nowego projektu, którego założeniem jest pokazanie zalet oszczędzania nawet niewielkich kwot. Specjalnie pod "Projekt 5 złotych" stworzony został nowy blog, bezpośrednio zintegrowany z tym. Jeśli macie ochotę zapoznać się z tym tematem, to zapraszam na stronę:
Brzmi to jak utopia? Niby tak. Młodzi, niedoświadczeni kierowcy zwłaszcza poniżej 25 roku życia są bardzo często karani przez ubezpieczycieli wyższym kosztem ubezpieczenia OC na samochód. Związane jest to przeważnie z bardziej ryzykowną jazdą i wyższą szkodowością zwłaszcza wśród młodych mężczyzn. Dlatego bardzo trudno zdobyć na początku swojej kariery kierowcy zniżki na ubezpieczenie, jednak nie jest to niewykonalne.
Bardzo prostym sposobem jest stanie się współwłaścicielem pojazdu. Jeśli któreś z naszych rodziców lub dziadków ma w miarę konkretne zniżki na OC to bardzo korzystnym jest stanie się współwłaścicielem pojazdu wraz z taką osobą. Na przykład przy kupnie nowego samochodu Twój ojciec staje się właścicielem 50% auta a reszta należy do Ciebie. Dzięki temu na początku OC jest nieco droższe (różnica raczej niewielka), jednak już po niedługim czasie również i Ty, jako młody kierowca jesteś w stanie otrzymać zniżki na ubezpieczenie.
Współwłasność pojazdu jest chyba najłatwiejszym sposobem na legalne załatwienie sobie zniżek na ubezpieczenie OC. W moim przypadku, mimo, że prawo jazdy mam jakieś 7-8 lat to stawki za OC płaciłbym niesamowicie wysokie. Wszystko dlatego, że do niedawna nie byłem jeszcze właścicielem auta. Mimo dość sporego doświadczenia w prowadzeniu samochodów - około 2 lat za kierownicą służbowego samochodu w dość intensywny sposób - to ubezpieczyciel nie uwzględniłby tego. Dlatego właśnie stałem się ostatnio współwłaścicielem nowo kupionego pojazdu w mojej rodzinie. Dzięki temu gdy zmienię pracę lub zakupię samochód na własność będę w stanie obniżyć swoje miesięczne koszty utrzymania auta.
Tylko dla przykładu powiem wam, że koszt ubezpieczenia mojego służbowego samochodu był o jakieś 50-70% wyższy niż ubezpieczenia samochodu osoby z rodziny z długim stażem za kierownicą i wysokim brakiem szkodowości. Kilkaset złotych rocznie w kieszeni. Niby taka głupota, a załatwienie współwłasności pojazdu umożliwia na prawdę konkretne oszczędności. Zresztą najlepiej zapytaj swojego agenta ubezpieczeniowego. Według mnie zdecydowanie warto zainteresować się tym tematem.
Od kilku lat popularność na świecie zdobywa social lending. Oczywiście jak w przypadku branży internetowej - szybki rozwój social lending pojawił się też w naszym kraju. Pożyczki społeczne, pożyczki społecznościowe, p2p lending i peer-to-peer lending to inne nazwy tego zjawiska. Ale czym jest sam social lending? Opiera się on na prostym założeniu: potrzebuję pożyczki więc wystawiam aukcję, na której prezentuję swoją ofertę. Na przykład 5000zł na 12 miesięcy, oferuję 15% w skali roku. Jeśli jakąś osobę zainteresuje moja oferta - może mi pożyczyć jakąś kwotę. Jeśli takich osób będzie więcej i łącznie będą w stanie pożyczyć mi kwotę której potrzebuję - pożyczę tyle, ile mi potrzeba. Taki jest schemat działania w bardzo dużym skrócie.
Między pożyczkodawcami a pożyczkobiorcami musi dojść oczywiście do interakcji. Muszą się spotkać w jakimś miejscu. Takim miejscem są portale pośredniczące w udzielaniu pożyczek i pożyczaniu pieniędzy. Nie robią one tego za darmo - pobierane są różnego rodzaju opłaty. Takie opłaty to koszty weryfikacji - na przykład dowodu osobistego, zatrudnienia, rachunku bankowego; koszty uzależnione od sukcesu - jeśli pożyczka zostanie zrealizowana portal pobierze na przykład 1% od kwoty pożyczki. Innym rodzajem opłat są koszty promowania aukcji czy inne dodatkowe, uzależnione wyłącznie od modelu działania serwisu social lending.
Dlaczego postanowiłem napisać o pożyczkach społecznościowych? A no dlatego, że jest to ciekawy sposób zdalnego zarabiania pieniędzy. Ale uwaga! Nie jest to sposób na gwarantowane zarobienie pieniędzy, z inwestowaniem w ten sposób wiąże się ryzyko utraty zainwestowanych pieniędzy i wymagana jest spora wiedza i duże umiejętności by móc z sukcesem zarabiać pieniądze na pożyczkach społecznościowych. Jeśli posiadasz już wiedzę i jesteś w stanie akceptować ryzyko - można spróbować zainwestować pieniądze. No i tu jest najważniejszy punkt - musisz posiadać pieniądze, które możesz przeznaczyć na inwestowanie w pożyczki społecznościowe. Następnym krokiem jest wybranie odpowiedniej strategii inwestowania i wyszukiwanie najbardziej zaufanych w naszej ocenie pożyczkobiorców. Prawidłowe wybranie pożyczkobiorcy jest bardzo trudnym zadaniem, ale dzięki dogłębnej analizie możemy zmniejszyć ryzyko strat a zwiększyć prawdopodobieństwo zarobienia pieniędzy.
Cały temat jest tak szeroki, że nie wystarczyłoby pewnie i 20 postów by go opisać. Nie mniej pożyczki społecznościowe są ciekawym sposobem na dorobienie kilku złotych, jeśli posiadamy odpowiednią wiedzę. Ryzyko straty jest niższe niż gra na Forexie ale jednocześnie dużo wyższe niż na lokacie czy nawet funduszu inwestycyjnym. Dodatkowo absorbuje nasz czas i wymaga kontrolowania spłacalności pożyczek. Daje jednak szansę na kilkunastoprocentowe zyski (w skali roku). Poniżej znajdują się linki do kilku najważniejszych serwisów pożyczek społecznościowych w naszym kraju - można zapoznać się z ich ofertą. Należy jednak pamiętać, że pożyczki społecznościowe wymagają dużo wiedzy i im więcej jej zdobędziemy tym prawdopodobne jest odniesienie większego sukcesu finansowego.
Pożyczki społecznościowe mogą też być szybkim sposobem na podratowanie budżetu podczas podróży czy w innym przypadku, osobiście jednak nie polecam zaciągania jakichkolwiek zobowiązań stricte konsumpcyjnych. Nie tylko przez serwisy social lending, ale również i w bankach. Przejadanie nie swoich pieniędzy nigdy nie prowadzi do niczego dobrego (no, poza podatkami wpływającymi do budżetu państwa ;) ), czasem można jednak zaciągnąć kredyt inwestycyjny - jeśli jesteśmy pewni zarobku. To jednak kolejny bardzo szeroki temat, już nie na dziś.
Już wkrótce zlikwidowane zostaną lokaty jednodniowe. Jaki to może mieć wpływ na dochód pasywny i podróżowanie? Moim zdaniem marginalny. No ale od początku. Podatek od zysków odsetek, tak zwany podatek Belki został wprowadzony kilka lat temu. Aktualnie wynosi 19% czyli każda złotówka zysku opodatkowana jest 19 groszami podatku. Lokaty jednodniowe korzystały jednak z pewnej luki w przepisach - prawo skarbowe nakazywało do tej pory zaokrąglanie podatków. Jeśli odsetki były nie wyższe niż 2,5zł to podatek do zapłaty wynosił mniej niż 0,5zł więc był zaokrąglany w dół. Do 0zł. Jeśli naliczony podatek wyniósłby 0,5zł do 0,99zł - zostałby zaokrąglony do pełnej złotówki.
Źródło: suinternet.eu
I właśnie na tej dziurze w przepisach bazowało istnienie lokat jednodniowych. Najbardziej na tym rynku aktywne były banki z grupy Leszka Czarneckiego - Getin, Idea Bank czy Meritum Bank. Osobiście nie korzystałem intensywnie z tego typu produktów, chociaż faktycznie kilka razy zdarzyło mi się założyć małą lokatę jednodniową w mBanku (z wygody i tylko na kilka dni). Pomijając fakt, że podatki źle wpływają na rozwój gospodarczy kraju muszę przyznać, że w mojej ocenie ujednolicenie przepisów w tym przypadku jest dobre. Jeszcze lepsze byłoby zniesienie tego podatku ale nie jest ono możliwe obecnie ze względów budżetowych.
Ale do rzeczy: jaki jest wpływ zniesienia lokat jednodniowych na osoby zainteresowane geoarbitrażem? W mojej ocenie minimalny. By w miarę spokojnie żyć gdzieś za granicą potrzeba załóżmy 1 500zł na osobę, około 500$. W ciągu roku potrzebowalibyśmy więc 18 000zł. Kwota dosyć spora. Załóżmy teraz, że na lokacie jednodniowej otrzymujemy 6% w skali roku. To by oznaczało, że potrzebujemy 300 000zł na lokatach jednodniowych by móc w miarę spokojnie żyć. Pomijając inflację. I tu jest najważniejszy punkt. Jeśli uwzględnimy inflację na poziomie 4% - rentowność miesięczna wyniesie około 2%, czyli powinniśmy mieć na lokatach nie 300 000zł a trzy razy więcej, 900 000zł. I dopiero taka kwota zapewni nam odsetki wyższe od inflacji na poziomie 18 000zł.
Źródło: wyborcza.biz
Mając 900 000zł jesteśmy w stanie osiągnąć wyższą stopę zwrotu, choćby negocjując z bankami stopę oprocentowania naszej lokaty. Myślę, że bylibyśmy w stanie wynegocjować więcej, niż te 2% ponad inflację. Już przecież obligacje skarbowe dają odsetki na poziomie 2,5% powyżej inflacji (i od całości podatek). Ale nie ukrywajmy, dwa czy trzy procent ponad inflację w skali roku to marny wynik. Wyższe stopy zwrotu można uzyskać nawet w obecnej sytuacji rynkowej na wynajmie nieruchomości. Przykład:
9 kawalerek, po 100 000zł każda. Wynajmujemy je przez 10 miesięcy w roku po 600zł za miesiąc. Nawet, jeśli musimy zapłacić 20% z tej kwoty w formie remontów i kolejne 20% specjalistycznej firmie za zarządzanie, daje to 32 400zł przychodu brutto rocznie. W zależności od sposobu opodatkowania daje to kwotę i tak o wiele większą od zysków z lokat jednodniowych. Jeśli podatek wyniesie 19% od przychodów pomniejszonych o koszty - da to kwotę o blisko połowę wyższą niż przy odsetkach. A możliwości inwestowania jest o wiele więcej, nie są to tylko nieruchomości i lokaty. Sposobów na inwestowanie jest mnóstwo i zależy tylko od naszego poziomu akceptowania ryzyka - jaki wybierzemy. Dlatego dla ludzi inwestujących a nie odkładających pieniądze likwidacja lokat jednodniowych nie będzie wiązała się z nastaniem smutnych czasów.
Nasze codzienne życie opiera się na dokonywaniu wyborów. Zwłaszcza, jeśli chodzi o konieczność wyjścia na zakupy. Często promocje w sklepach nie są faktycznymi promocjami. Między innymi dlatego prawo w naszym kraju nakazuje podawanie ceny również w przeliczeniu na litr czy kilogram. Dziś będąc w sklepie zainteresowało mnie to, jak te ceny wpływają na nasze wydatki - zwłaszcza w przypadku dóbr które nie psują się szybko i mogą być przechowywane przez jakiś czas. Mój wybór padł na Coca Colę Zero - jest kilka opakowań, każde w innej cenie i będzie to bardzo dobry przykład kształtowania ceny przez wielkie firmy.
Jako informację na temat cen wykorzystam dwa źródła: pierwsze, to sklep internetowy a.pl w którym dostępnych jest 5 różnych opakowań tego produktu oraz sklep osiedlowy - w którym dostępne są dwa kolejne, z cenami sugerowanymi na opakowaniu. Produkty dostępne są w następujących formatach:
Puszka 0,33l (sklep internetowy) - cena 2,09zł - 6,33zł za litr
Butelka 0,5l (sklep internetowy) - cena 2,99zł - 5,98zł za litr
Butelka 1l (sklep internetowy) - cena 3,99zł - 3,99zł za litr
Butelka 1,5l (sklep osiedlowy) - cena 4,79zł - 3,19zł za litr
Butelka 2l (sklep internetowy) - cena 5,49zł - 2,75zł za litr
Butelka 2,5l (sklep osiedlowy) - cena 5,99zł - 2,40zł za litr
2x Butelka 4l (sklep internetowy) - cena 10,99zł - 2,75zł za litr
No i faktycznie - największe opakowanie wiąże się z najniższą ceną. Ale zobaczmy jeszcze coś ciekawszego: kupno butelki 2,5l zamiast 2l to dodatkowy koszt 0,50zł a więc koszt dodatkowego litra wynosi tylko 1zł. Zakup butelki 2l zamiast 1,5l to dodatkowy koszt 0,70zł więc dodatkowy litr kosztuje 1,40zł. Przejście z 1l na 1,5l to dodatkowy koszt 0,80zł więc dodatkowy litr kosztuje 1,60zł. No i przejście z butelki 0,5l na 1l to dodatkowy koszt 1zł więc dodatkowy litr kosztuje 2zł. Każde zwiększenie zakupu powoduje w tym przypadku, że płacimy mniej za jednostkę towaru. Najkorzystniejsze jest przejście z butelki 2l na 2,5l bo każdy dodatkowy litr (w przeliczeniu) kosztuje tylko złotówkę.
Źródło: bocian.co.uk
Dlaczego więc koncern nie sprzedaje tego produktu w opakowaniach różnej wielkości, ale po różnych cenach? W przypadku dóbr szybko zbywalnych (FMCG, fast moving consumer goods) często dokonujemy zakupów pod wpływem chwili i chcemy zaspokoić swoją aktualną potrzebę natychmiastowo. Dlatego właśnie kupujemy puszkę napoju - możemy ją wypić od razu i zaspokoić bardzo szybko pragnienie. Koszt ma mniejsze znaczenie i w efekcie płacimy dużo.
Innym elementem układanki jest to, że jeśli nawet weźmiemy pod uwagę cenę najtańszego litra - złotówkę - trzeba sprawdzić, co wchodzi w ten koszt. Oczywiście swoją marżę ma sklep. Do tego hurtownia, transport, pracownicy sklepu, pracownicy dostawcy, koszty fabryki gdzie z koncentratu i wody pracownicy wytwarzają napój lejąc go do butelek. I mnóstwo innych osób i przedsiębiorstw które pracowały po to, by wytworzyć plastik z którego zrobiona jest nakrętka, materiały i farby z których jest zrobiona etykieta czy w końcu tajemniczy skład koncentratu. Można więc powiedzieć, że do stworzenia jednej butelki napoju przyczyniło się kilka tysięcy osób na całym świecie. Milton Friedman opisał dokładnie ten tok myślenia w przypadku zwykłego ołówka:
No ale wracając do sedna problemu: czy opłaca się kupić więcej? Jak wskazuje powyższy przykład - czasem się opłaca. Firmy stosują różne metody różnicowania cen - w podanym przykładzie ostatnie pół litra napoju kosztowało 0,50zł a pojedyncza butelka o tej samej pojemności kosztuje 2,99zł. Warto się więc zastanowić nad cenami. Oczywiście trudno jest pić z butelki 2,5 litrowej podczas prowadzenia samochodu na autostradzie, ale w przypadku przygotowywania drinków na spotkaniu w domu jest to rozwiązanie najtańsze.
Jak już powiedziałem - wszystko zależy od ceny. Nie raz spotkałem się z promocją w stylu: kup dwa majonezy za 10,99zł, podczas gdy obok, dwa pojedyncze opakowania kosztują na przykład po 4,99zł za opakowanie. Kupując większą ilość, i to w promocji, musimy dołożyć do interesu. Tak jak na poniższym zdjęciu:
Źródło: wrzuta.pl
Powyższy przykład idealnie pokazuje, że czasem opłaca się kupować a czasem nie. Wprowadzenie promocji spowodowało podniesienie ceny puszki piwa o około 0,08zł. Przy większych zakupach proponuję więc zwrócenie uwagi na ceny w różnych sklepach, nie należy też jednak przesadzać i zawsze kupować tylko worki mąki i cukru po 50 kilogramów. Chodzi o to, by kupić taniej to, co i tak zużywamy w codziennym życiu. Koszty te i tak już ponosimy co miesiąc. Nie warto jednak kupować produktów których możemy nie zużyć - wtedy zepsują się i po prostu zapłacimy więcej wyrzucając niewykorzystaną część do śmieci. Tylko na ten temat można by napisać książkę - jednak wystarczy rozważnie robić zakupy by uniknąć zbędnych kosztów. Podejrzewam, że ten temat i tak kiedyś do nas wróci.
Obejrzałem wypowiedź Wojciecha Cejrowskiego na temat "ustawień fabrycznych człowieka". Cały ten fragment dotyczy tego, że współcześnie pracujemy o wiele więcej niż w czasach, kiedy nie było rządu, nie było pokus współczesnego świata takich jak komputery, psp, telewizory i wszystko inne. Poniżej do obejrzenia ten film:
Film ten wpisuje się w wydaje mi się, że coraz popularniejszy trend pracy tylko na siebie bez zbędnych rzeczy. Do tego oczywiście podróżowanie, poznawanie nowych ludzi, zwiedzanie innych miejsc i kultur. To, o czym mówi Cejrowski jest raczej skrajne - powrót do afrykańskiej wioski lub dżungli dla większości osób jest raczej zbyt mocnym wyzwaniem. Można za to zmienić swój tryb życia i pracować mniej nawet w kraju takim jak nasz.
Proponuję przeczytanie książki Tima Ferrisa pod tytułem "4-godzinny tydzień pracy". O samej książce napiszę trochę później, jednak to co najważniejsze: pracuj efektywniej, dzięki czemu będziesz mógł pracować mniej. Oczywiście działa tu zasada Pareto: 20% czasu pracy odpowiada za 80% wyników a pozostałe 80% czasu pracy odpowiada za pozostałe 20% wyników. Nie chodzi więc o to, by pracować długo lecz o to, by pracować skutecznie. I najlepiej tylko na siebie. Bynajmniej nie zachęcam tutaj do niepłacenia podatków, jednak polecam zastanowienie się, czy wszystkie miesięcznie ponoszone wydatki są konieczne. Czy na pewno korzystam z wszystkich pakietów usług w telefonie? Czy na pewno oglądam telewizję i koniecznie muszę mieć najlepszy pakiet sieci kablowej lub cyfrowej? Wiele takich błahych pytań daje jednak szansę na obniżenie kosztów życia - a przez to do zmniejszenia ilości "dupogodzin" w pracy lub zwiększenia ilości oszczędności. A obie te drogi prowadzą nas do różnie rozumianej wolności.
Wczoraj, jak pewnie słyszał już każdy kto tego chciał jak i każdy kogo to zupełnie nie interesuje, padła najwyższa do tej pory wygrana w Lotto: 33 787 496,10 zł. Na rękę wyjdzie nieco ponad 30 mln zł - gigantyczna kwota. Tylko odsetki od tej kwoty na poziomie 6% netto rocznie dałyby jakieś 150 000zł miesięcznie. Za tą kwotę - 5 000zł dziennie - myślę, że można by żyć na jako takim poziomie.
Lotto jest jednak zwykłym hazardem. Prawdopodobieństwa wygranej jest stuprocentowe - tylko dla organizatora loterii. Nawet przy tak wysokiej wygranej zgodnie ze statystyką bardziej opłacało się nie grać niż grać. Prawdopodobieństwo wygranej to 1:13 983 616 czyli żeby wygrać na 100% "6" trzeba by zainwestować prawie 42mln zł - a i to nie daje gwarancji, że bylibyśmy jedynym zwycięzcą. Zwycięzcą jest ten, kto nie gra. Taka jest moja opinia. Czuję się zwycięzcą, bo nie gram w gry losowe. Wydając 2 razy w tygodniu pieniądze na zakłady byłbym statystycznie rzecz biorąc za każdym razem do tyłu. Wolę te pieniądze wydać na cokolwiek innego, co przyniesie mi większą przyjemność, lub zaoszczędzić.
Faktycznie, osoba która wygrała taką kwotę nie musi się już martwić swoimi finansami i tego można pogratulować. Gra w Lotto nie jest jednak w mojej ocenie dobrym kierunkiem do niezależności finansowej. Już lepszym rozwiązaniem (w sensie: bardziej zależnym od nas) jest poker, to jednak jeszcze ostrzejsza forma hazardu której sam również nie polecam (chyba, że dla zabawy i tylko dla zabawy).
Oszczędzając pieniądze które potencjalnie przeznaczałbym na Lotto w długim okresie wychodzę na tym lepiej - i dobrze się z tym czuję. Dlatego też nie marzę o tym, co zrobiłbym z 30 milionami. Ale mogę marzyć o tym, co zrobię z pieniędzmi nie wydanymi na tą formę "rozrywki".