Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Macedonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Macedonia. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 kwietnia 2014

Napiwki - mój głos w sprawie

Przed chwilą trafiłem na niezwykle ciekawy artykuł napisany przez Magdę: "Napiwki [ile i dlaczego tak dużo?]" - i podświadomie od razu poczułem się wywołany do tablicy. Więc jak to jest z tymi napiwkami?

Polska

Źródło: yourfriendlyneighborhoodbarista.files.wordpress.com
W naszym pięknym kraju możesz dać napiwek, możesz go nie dać. Dla mnie sprawa jest prosta: jeśli obsługuje mnie kobieta - a tak jest zazwyczaj - napiwek daję, jeśli kelnerka jest uśmiechnięta i nie mam nic do zarzucenia poziomowi obsługi. Jeśli dziewczyna zachowuje się jakby miała klienta gdzieś to nawet jeśli zjadłbym najlepsze danie, to zdecydowanie nie będzie ona zasługiwała na napiwek. Ale kucharz owszem. W przypadku mężczyzn mnie obsługujących napiwek daję wtedy, gdy obsługuje mnie on w sposób kompetentny - sugerując potrawy czy sprawdzając po ich podaniu czy wszystko jest ok. Gdy daję napiwek, zazwyczaj płacę gotówką i zaokrąglam rachunek w górę o kwotę nie mniejszą niż 10% - no ale też nie ma sensu dawać napiwku na poziomie 50 groszy jak kupuje się jedno piwo za piątaka.
A co gdy nie chcę dać napiwku, bo nie jestem zadowolony z obsługi? Płacę kartą - choć część firm umożliwia pobranie w ten sposób napiwku, to nie zdarzyło mi się nigdy, by kelner w naszym kraju się o niego upomniał.

Czechy

W Czechach, jak pisze Magda, napiwek jest wręcz wymagany. Absolutnie się z tym nie zgadzam! W tym kraju spędzam od 10 lat co najmniej 2 tygodnie w roku i jeszcze ani razu nie zdarzyło mi się, by ktokolwiek upomniał się o napiwek. A restauracje są wtedy podstawą mojego wyżywienia. Nie miałem takiej sytuacji ani w podrzędnym barze w małej miejscowości, ani w restauracji na poziomie w dużym mieście. A co do samego zostawiania napiwków - zazwyczaj jedzenie mi bardzo smakuje, więc płaconą kwotę zaokrąglam w górę. Ale jeśli zamawiam dwa piwa po 25 koron - raczej nie będę dawał dodatkowej gotówki kelnerowi.

Włochy

Byłem tam raz. Kilka wizyt w restauracjach, więc dużego porównania nie mam. Choć faktycznie podczas pobytu w Wenecji poruszyło mnie to, że w menu była informacja o obowiązkowym wynagrodzeniu kelnera - zazwyczaj więc rezygnowaliśmy z takich restauracji. 2 euro w przypadku wizyty kilku czy kilkunastu osób w restauracji, zwłaszcza jeśli zamawia się jedynie po kawałku pizzy czy kawie, jest faktycznie kwotą sporą. Ale to inna kultura i moja wizyta była w czasach studenckich, kiedy napiwki też dawało się mniejsze.

Macedonia

Tam byłem 2 razy - Magda nie pisze o tym kraju (wspomina za to Japonię oraz Węgry). Ze swojego doświadczenia napiszę, że nigdy nikt nie upomniał się o napiwek, a w dużej mierze to właśnie restauracje mnie żywiły. Jednak tam zazwyczaj napiwek zostawiałem. Dlaczego? Bo po prostu ceny są stosunkowo niskie i nie jest to problemem. Jeśli jesteśmy na wakacjach i płacimy za posiłek dla dwóch osób w restauracji 30 złotych, to nie ma problemu z dorzuceniem kilku dodatkowych. W Macedonii jest to szczególnie proste, bowiem najmniejszy banknot to 10 denarów, czyli jakieś 60-70 groszy. Możemy więc zostawić nawet niewielki napiwek. Co ważne, średnia pensja krajowa netto to w tym kraju mniej więcej tego, co połowa u nas. A jeśli jeszcze założymy, że kelner zarabia połowę średniej krajowej to wyjdzie na to, że jego miesięczne zarobki wyniosą 10 000 denarów. 100 denarów napiwku (6-7 złotych) da mu więc 1% miesięcznych dochodów. To tak, jakby kelner zarabiający w Polsce 1500 złotych netto dostał napiwek na poziomie 15 złotych.


Podsumowując, co kraj to obyczaj. Zazwyczaj lepiej zostawić napiwek podczas podróży zagranicznych, nawet niewielki. Szczególnie do krajów biedniejszych od naszego - takie jest moje założenie. A w Polsce - jak na wstępie.

P.S. Średni napiwek (uwzględniający cały miesiąc i wszystkich klientów) w przypadku dostawcy pizzy to około 3zł (Warszawa, 4-5 lat temu). Najlepszy w najlepszym miesiącu w roku wykonał ponad 1000 dostaw, więc napiwki spokojnie pokryły mu koszty paliwa i napraw auta, a wynagrodzenie z pizzerii było czystym dochodem (4,40 brutto za kurs + stawka godzinowa).

czwartek, 15 listopada 2012

Rowerem dookoła świata

Dziś wpis, który mam nadzieję, że zainspiruje przynajmniej kilka osób do zrobienia czegoś niesamowitego. Na początku obejrzyjcie koniecznie ten film:


To teraz krótka opowieść. Kima miałem okazję przelotnie spotkać w mieszaniu zajmowanym przez mojego znajomego, autora bloga Exploring Balkans, podczas wizyty w Macedonii. Okazało się, że został on zaproszony przez znajomych i nawet mój gospodarz o tym nie wiedział. Dopiero później dowiedzieliśmy się, kim Kim jest :)

Kim jest podróżnikiem. Można powiedzieć, że podróżnikiem ekstremalnym. Z rozmowy z nim pamiętam, że wyruszył z Korei i podróżował między innymi przez Rosję, kraje bałtyckie, Polskę, Słowację i dalej na Bałkany gdzie się widzieliśmy. Kolejnym jego celem była Turcja z której miał w jakiś sposób przedostać się na drugą stronę oceanu. Po powrocie do swojej ojczyzny Kim miał napisać książkę w której opisałby swoje przygody. A wszystko to z pomocą roweru. Pamiętam jeszcze, jak Kim mówił o pieniądzach - wydawał je podobno ostatnio w Rosji a od tego momentu zarówno spanie jak i jedzenie miał dostarczane przez gospodarzy. Wspaniała przygoda.

Moją uwagę zwróciło szczególnie to, jak powoli idzie mu cała podróż. Poznałem go na przełomie września i października ubiegłego roku w Macedonii a już wtedy miał za sobą długą podróż. Trzeba też pamiętać, że kawał drogi jeszcze przed nim. Zresztą, nie będę się bardziej rozpisywał tylko już po raz trzeci dziś obejrzę ten film...

piątek, 28 września 2012

4000zł z bloga? Da się!

Dziś wpis nieco inny niż zwykle. Na początku chciałbym pogratulować mojemu bardzo dobremu znajomemu, autorowi zaprzyjaźnionego fotobloga - Zenonowi. To on jest autorem bloga który zwyciężył w konkursie fotograficznym Samsunga. Lecz o co chodzi? Najlepiej zajrzyjcie na trzy strony:

Samsung Fotoblog Awards - strona o konkursie i z informacją o zwycięzcy
Exploring Balkans - blog który zajął 1 miejsce
Wywiad ze zwycięzcą

A więc pewnie już dobrze wiecie o co chodzi. Zenon jest autorem jednego z gościnnych tu wpisów oraz - co dużo ważniejsze - podróżnikiem i fotografem. Podczas swojej podróży po Bałkanach fotografował otaczające go miejsca, wydarzenia i sytuacje. Na jego blogu (jeszcze raz gorąco polecam) znajdziecie wiele wysokiej jakości zdjęć i opisów odwiedzonych miejsc.

Jednak dlaczego o tym wspominam? Oczywiście, żeby pogratulować. Ale też, by pokazać wam coś innego. Z bloga można czerpać profity dosyć spore. Zenon wygrał w tym konkursie bon na wycieczkę o wartości 3 000 zł oraz aparat fotograficzny o wartości mniej więcej 1 000 zł. Zakładając, że są to jego jedyne przychody z tego bloga i prowadzi on go przez półtora roku - wychodzi ponad 220zł miesięcznie. Ale by nie pokazywać jedynie finansowej strony tego przedsięwzięcia - zwróćcie uwagę na coś innego. Zenon wygrał kolejny wyjazd, w dowolne miejsce na ziemi (do 3 000 zł) dzięki czemu będzie w stanie zrobić kolejne, fascynujące zdjęcia oraz przywieźć z powrotem do naszego kraju bagaż wspomnień i niesamowitych przygód.

Bardzo dobrze więc widać, że blog to nie tylko zyski finansowe. Większość osób nastawia się na zarobki z reklam czy programów partnerskich lecz czasem może przyjść tak niepostrzeżenie spora nagroda jak to się stało w przypadku Zenona. Oczywiście trudno byłoby wygrywać taki konkurs co miesiąc i dlatego przed autorem tego bloga jeszcze daleka droga do wolności finansowej, jednak jest to idealny przykład geoarbitrażu. Zarobki (jak by nie liczyć) w Polsce, wydatki za granicą (podróż po tańszych Bałkanach) a do tego robienie tego, co się kocha.

Czy wy też nie chcielibyście tak żyć? Od podróży do podróży, po miejscach w których było niewielu polaków? Ja bym chciał - zasmakowałem tego podczas dwóch podróży po Bałkanach czy innej na Islandię. Takie podróże to naprawdę coś wspaniałego. Polecam

I jeszcze raz polecę wam bloga Exploring Balkans - naprawdę warto dodać go do ulubionych.

czwartek, 9 sierpnia 2012

Bankructwa biur podruży? No problem.

Źródło: www.destination360.com
Zapewne każdy z was słyszał ostatnio o bankrutujących biurach podróży. Lecz sprawdźmy to dokładnie. Jakie biura podróży zbankrutowały w 2012 roku do tej pory? (Kolejność przypadkowa)

- Aquamaris
- Sky Club
- Elektra Travel
- Alba Tour
- Africano Travel
- Blue Reys
- Atena
- Mati World Holidays

Czy to dobrze, że biura podróży bankrutują? Tak. Czy to źle, że biura podróży bankrutują? Tak. Lecz jaki wpływ ma to na nas?

Po pierwsze należy zastanowić się nad tym biznesem. Założenie biura podróży jest bardzo proste i nie wymaga właściwie żadnej specjalistycznej wiedzy. Zakładamy firmę, czekamy na klientów i jeździmy - w bardzo dużym skrócie. Jednak jak jak się okazuje biura podróży zarabiają bardzo niewiele - około dwudziestu złotych na jednym kliencie. Jest to więc typowy biznes skali - jak przewieziesz jednego klienta to nie zarobisz nawet na koszty stałe, a jak przewieziesz 100 000 klientów to jest szansa na kilka milionów złotych zysków.

Bankructwa biur podróży są złe, ale tylko dla właścicieli, pracowników i klientów tego konkretnego biura podróży. Jeśli ktoś nie potrafił stworzyć bezpiecznego i rentownego biznesu w tej branży to po prostu wypada. Tak powinno być - jeśli Twój biznes nie znajduje klientów lub świadczysz usługi zbyt drogie - wypadasz.

Bankructwa biur podróży są dobre i tu nie ma ograniczeń. Są dobre dla rynku turystycznego - wypadną firmy o wątpliwej reputacji i kiepskich zabezpieczeniach finansowych. Klienci nauczą się sprawdzać biura podróży i nie kupować najtańszej oferty ale czasem dopłacą stówkę i będą pewni wyjazdu. W końcu osoby odpowiedzialne za ściąganie turystów z obcych krajów nauczą się jak to robić i w razie jakichś problemów szybciej będą potrafiły zająć się tematem. W długim terminie wszyscy zyskujemy.

Źródło: www.ischgl.com
Osobiście jestem oczywiście zwolennikiem samodzielnego organizowania własnych wyjazdów. Nie wytrzymałbym dwóch tygodni spędzonych na leżaku przy hotelowym basenie w Tunezji. Nuda. Totalna nuda. Choć podobno można nieźle się nachlać korzystając z uroków drinków zawartych w All Inclusive. Co kto lubi. Mnie interesują jednak ciekawe wyjazdy o których będę miał co opowiadać. Jeśli nie wiesz jak sprawdzić biuro podróży to kup droższą wycieczkę. Jeśli nie masz tej dodatkowej stówy - lepiej nie jedź na wakacje w ogóle, bo jak będziesz miał wypadek to zniszczysz się finansowo. Przemyśl, czy nie warto jednak samemu poszukać jakiegoś małego hotelu gdzieś, gdzie jeszcze nie byłeś. Zapytaj znajomych o ich wyjazdy do Indii, Czarnogóry czy nawet na Ukrainę. Wakacji nie musisz spędzać z biurem podróży - choć w ten sposób jest na pewno łatwiej.

Tylko czy warto wydawać 10 000zł na wyjazd czterech osób na tydzień do Tunezji skoro za te same pieniądze można spędzić dwa razy dłuższy urlop w nie gorszych warunkach w Albanii czy Macedonii? Pamiętajcie: tak jak w przypadku przetworów domowych jest z wycieczkami. Samodzielnie przygotowane smakują lepiej, są tańsze i lepsze dla zdrowia.

sobota, 28 kwietnia 2012

Zakładanie konta w Macedonii

Będąc w Macedonii zainteresowało mnie to, czy ja - obywatel Unii Europejskiej, mogę założyć w Macedonii konto bankowe. Otóż dobra wiadomość - mogę! I jak się okazało, cała procedura wcale nie jest taka trudna. Już w pierwszej placówce do której wszedłem dostałem odpowiedź i pełen zakres informacji a pracownica ze mną rozmawiająca biegle mówiła w języku angielskim. Pełen profesjonalizm. Wszystkie moje pytania nie pozostały bez odpowiedzi i po otrzymaniu kompletu informacji byłem usatysfakcjonowany tym, co usłyszałem i zobaczyłem.

Ale do rzeczy. Co potrzeba by założyć konto w Macedonii? Paszport i tyle. Wtedy możemy założyć sobie konto walutowe w tym banku. Niestety osoby nie będące obywatelami Macedonii nie mogą założyć konta w miejscowej walucie. Śmiało można za to otworzyć konto w euro, dolarach czy funtach brytyjskich. Konta mogą być zakładane we wszystkich walutach wymienialnych, ale  z oczywistych względów konto w euro jest najlepszym rozwiązaniem. Dodatkowym plusem jest stabilność macedońskiej waluty wobec euro - o czym już kiedyś pisałem w poście "złoty w górę, euro w dół". Denar macedoński w ciągu ostatnich trzech lat wahał się między 59 a 63 za jedno euro. To obrazuje więc, że kurs ten jest nawet bardziej stabilny od polskiej złotówki wobec euro.


Na konto można przelewać do 10 000 euro miesięcznie. Powyżej tej kwoty nałożone są dodatkowe wymagania dotyczące pochodzenia pieniędzy. Jest to zabezpieczenie przeciwko praniu brudnych pieniędzy. Przy wypłacie pieniędzy z konta otrzymujemy euro, które oczywiście od razu może być zamienione na denary. Nie mniej jednak posiadanie konta w denarach jak pisałem wyżej jest niemożliwe. Przynajmniej tak zostałem poinformowany. Jeśli się mylę i tylko w banku w którym o to pytałem jest to zabronione - proszę o informację w komentarzu pod tym postem, chętnie wyjaśnię sprawę. Nie mniej na tę chwilę przyjmuję, że w żadnym z osiemnastu macedońskich banków nie można zakładać konta w denarach.

Konto w kraju w którym spędzamy więcej czasu może być bardzo przydatne. Nie chodzi tylko o bezpieczeństwo finansowe ale i o wygodę. Przede wszystkim zamiast trzymać pieniądze pod poduszką możemy być pewni, że raczej nikt ich nam nie ukradnie. Dodatkowo możemy korzystać z oprocentowania od depozytu a jednocześnie mamy łatwy dostęp do pieniędzy. No i na koniec ponosimy niższe koszty niż przesyłanie pieniędzy chociażby z naszego kraju.

środa, 25 kwietnia 2012

Budapeszt

Po mojej pierwszej wizycie w Macedonii postanowiliśmy podczas powrotu spędzić jedną noc w Budapeszcie. Z jednej strony skłoniła nas do tego późna pora - nie dojechalibyśmy raczej o własnych siłach samochodem do Polski, z drugie - chcieliśmy zobaczyć to miasto. Tak więc dojechaliśmy do Budapesztu bez żadnych planów noclegowych, bez adresów, bez wiedzy gdzie się udać. Postanowiliśmy, że spróbujemy w pierwszym hotelu jaki znajdziemy spytać o cenę i jeśli będzie akceptowalna - skorzystamy. Udało się za pierwszym razem. Pokój trzyosobowy z łazienką i telewizorem kosztował nas jeśli się nie mylę - 43 euro (w sumie). Kwota ani mała, ani duża - biorąc pod uwagę partyzancką metodę poszukiwań noclegu. Na pewno można noclegi znaleźć w niższej cenie, nie mniej wtedy byliśmy zadowoleni.




W hotelu najbardziej pasjonowała mnie węgierska telewizja. Wszystkie seriale były z węgierskim dubbingiem więc było to prześmieszne. "Dr House" po węgiersku. "Kości" po węgiersku. Nawet "Benny Hill" był po węgiersku! Dało się to jednak w miarę oglądać dla samego języka. Kolejnego dnia po spakowaniu się wyruszyliśmy na kilkugodzinne zwiedzanie miasta. Gdy po długiej walce z nawigacją udało nam się w końcu dojechać do centrum i zaparkować na parkingu podziemnym - mogliśmy z całą stanowczością ruszyć i zacząć zwiedzać Budapeszt. Pierwszą ciekawą rzeczą którą zobaczyliśmy był zakład szewski, który nazywa się, za przeproszeniem, tak:




No ale dość już tej zabawy, każdy język ma śmieszne słowa dla innych narodowości. Czas na poważne zwiedzanie. Na początek most Łańcuchowy, zwany też mostem Istvana Szechenyiego który wpadł na pomysł, by  ten most wybudować. Most ten liczy sobie 380m długości i był pierwszym stałym połączeniem Budy z Pesztem. W czasie II Wojny Światowej został wysadzony w powietrze i później odbudowany. Most ten prowadzi do Zamku Królewskiego, który widać w oddali.




O samym Zamku Królewskim myślę, że nie muszę się bardzo rozpisywać. W Internecie jest o nim mnóstwo informacji. Wspomnę tylko w skrócie, że cały kompleks jest gigantyczny i samo zwiedzanie budynków z zewnątrz, bez wchodzenia do muzeów, zajęło bardzo dużo czasu. Niestety nam nie udało się wejść nawet do jednego z nich - goniła nas konieczność powrotu do kraju. Bardzo duże wrażenie robił natomiast budynek Parlamentu. Powstał on na przełomie XIX i XX wieku, zbudowano go z ponad 40 milionów cegieł a jego powierzchnia użytkowa to około 17 000 metrów kwadratowych. Robi wrażenie.




Ciekawy był też pomnik mitycznego ptaka zwanego Turul. Według legendy to ten ptak miał przyprowadzić na obecne tereny madziarów by mogli oni spokojnie żyć. Coś jak nasza legenda o Lechu, Czechu i Rusie.




Jeszcze zostały dwa zdjęcia, które chciałbym przedstawić. Obie panoramy prezentują widok na Dunaj i wschodnią część miasta - Peszt. Na pierwszym ze zdjęć widać fragment budynku Parlamentu, nad tą częścią miasta góruje jednak budynek Bazyliki św. Stefana - to charakterystyczne dwie wieże i kopuła. W Bazylice znajduje się wiele relikwii, między innymi prawa ręka św. Stefana.





Budapeszt dużo mocniej związany jest z Dunajem niż Warszawa z Wisłą. Budynki są wybudowane bardzo blisko koryta rzeki, jest ona jednak bardzo mocno i od wielu lat regulowana.

Sam Budapeszt podczas tych kilku godzin spędzonych na zwiedzaniu nie zrobił na mnie oszałamiającego wrażenia. Prawdopodobnie było to spowodowane szeregiem miejsc zwiedzonych w Macedonii i Albanii, miasto w Unii Europejskiej już nie robiło u mnie takiego wrażenia. Nie mniej jednak w planach mam powrót do Budapesztu na kilka dni by zwiedzić go dokładniej. Nie jest to jednak miasto do zwiedzenia w mojej pierwszej dziesiątce. Kilka innych czeka i domaga się odwiedzenia bardziej intensywnie.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Hotel Izgrev

Czasem zdarza się tak, że podczas podróży trafiamy w miejsce gdzie od dawna nikogo nie było. Albo nie było w takim celu, w jakim dane miejsce zostało na przykład zbudowane. Ostatnio bardzo modne staje się wchodzenie do opuszczonych budynków i podziwianie tego, co kiedyś było normalnie używane a dziś stoi nieużywane. Będąc w Macedonii dwa razy za każdym razem miałem okazję odwiedzić opuszczony hotel Izgrev w pobliżu Strugi.

Hotel ten jest położony nad brzegiem jeziora Ochrydzkiego. To to samo jezioro nad którym leżą właśnie Struga i Ochryd. Znad brzegu jeziora hotel ten wygląda tak:



Nie wygląda on imponująco na tym zdjęciu, prawda? Ale co innego zaczynamy odczuwać gdy wejdziemy do środka. Hotel ten jest na prawdę wielki. Za każdym razem chodziliśmy po nim godzinę - dwie i właściwie nic nie zobaczyliśmy, wszystko przelatywaliśmy na szybko. Pierwszą rzeczą która rzuca się w oczy po wejściu do hotelu jest straszny bałagan. Wszędzie są porozrzucane fragmenty mebli, potłuczone szkło, śmieci. Wiele pomieszczeń wygląda tak:



W jednym pomieszczeniu udało znaleźć nam się jednak coś przyjemniejszego dla oka. Przynajmniej kilka lat temu. W jednym z pomieszczeń prawdopodobnie znajdowało się pomieszczenie obsługi w którym pracownicy mogli sobie odpocząć po ciężkich chwilach spędzonych na pracy w hotelu. Moment odpoczynku poświęcali na spojrzenie na ściany, gdzie znajdowały się w czasach świetności plakaty pięknych dziewczyn. Podczas naszej wizyty plakaty wyglądały tak:



Spacerując coraz wyżej, doszliśmy w końcu do jednego z pięter, z którego widać jezioro Ochrydzkie. Nie trzeba było wychodzić na tarasy czy wyglądać przez okno. Już z klatki schodowej można było zobaczyć niesamowity widok:



Jeśli dobrze się przyjrzycie - zobaczycie, że właśnie z okolic pomostu robione było pierwsze zdjęcie pokazujące hotel. Swoją drogą sam pomost nie wygląda imponująco, ale również jest dość spory. Na jego środku prawdopodobnie istniał bar w którym można było zamówić drinki leżakując na pomoście. Wchodząc coraz wyżej mogliśmy podziwiać coraz piękniejsze obrazy. Na poniższym zdjęciu w oddali widać Strugę - w której przyszło nam nocować.



Ale patrząc bezpośrednio w stronę jeziora możemy zobaczyć coś jeszcze piękniejszego - całe jezioro w pełnej okazałości. W oddali szczyty gór, bliżej piękny błękit jeziora - które wydaje się wielkie jak morze. Nic dziwnego - ma 358 kilometrów kwadratowych i jest najstarszym jeziorem w Europie i najgłębszym na Bałkanach. Widok jest niesamowity i warty wdrapywania kilka pięter w górę:



Chociaż zdjęcia nie zobrazują wszystkiego to liczę na to, że może przynajmniej jedną osobę skłonią do odwiedzin tego miejsca. Hotel Izgrev jest niesamowitym miejscem. Więcej zdjęć na swoim blogu Exploring Balkans zamieścił Zenon. To właśnie dzięki jego przewodnictwu udało nam się trafić w to miejsce i zobaczyć ten niesamowity widok. Właściwie dzięki jego pomocy udało mi się poznać piękno Macedonii i przejazdem Albanii. To właśnie na jego blogu możecie znaleźć piękne zdjęcia Macedonii, do której mało kto z naszego kraju miał okazję pojechać.

piątek, 13 kwietnia 2012

Sens relokacji do Macedonii i przykładowe ceny cz. 1

Dziś pierwszy gościnny wpis na blogu! Autorem poniższego tekstu jest Zenon, operator bloga exploringbalkans.blogspot.com. Zenon od kilku ładnych miesięcy mieszka już w Macedonii korzystając z programu Wolontariatu Europejskiego, dzięki czemu z pierwszej ręki możecie przeczytać o tym pięknym kraju. Zapraszam do lektury!

Republika Macedonii z pewnością jest ciekawym tematem do podjęcia w kategoriach geoarbitrażu. Mały kraj położony w sercu Bałkanów okazuje się bardzo dobrą alternatywą turystyczną dla nasyconej już (i drogiej) Chorwacji  i Czarnogóry, ale warto także rozważyć przynajmniej chwilową relokację do tego kraju. Brak morza turystów w tym zakątku byłej Jugosławii wynika przede wszystkim z... braku dostępu do morza. Region od zawsze przegrywał pod tym względem konkurencję z Chorwacją i Czarnogórą. Turyści wolą też od niej Grecję, czy nieco dalszą Turcję. W czasach byłej Jugosławii była to najbiedniejsza z republik. Przez brak odpowiedniej infrastruktury i inwestowania pieniędzy w turystykę nie mogła (i nadal ma z tym problemy) wykorzystać swojego dużego potencjału jaki w tej dziedzinie posiada. I wcale nie potrzeba do tego morza. Nadrabia wszechobecnymi górami i dużymi jeziorami (J. Ochrydzkie, Prespańskie i Dojran oraz sporo mniejszych). Brak napędzającego gospodarkę ruchu turystycznego powoduje, że Macedonia jest krajem raczej tanim do życia, a przez to automatycznie zachęcającym do napływu narodu. Niemożność odpowiedniego rozwoju Macedonii wynika też z notorycznego blokowania jej kandydatury do UE przez Grecję z powodu nazwy kraju (to także historyczno-geograficzny region starożytnej Macedonii z Aleksandrem Wielkim na czele, którego Grecy uznają za swojego, dlatego nie akceptują nazwy Republika Macedonii). Na forum międzynarodowym funkcjonuje pod nazwą F.Y.R.O.M. - Former Yugoslav Republic of Macedonia, czyli Była Jugosłowiańska Republika Macedonii. No ale zostawmy politykę i wróćmy do meritum.

Mieszkam już w Macedonii prawie rok, żyjąc za 150 euro miesięcznie (plus mieszkanie, ok. 80 euro). Nie jest to zbyt dużo i raczej zaszaleć nie można ale myślę, że za 300 euro z mieszkaniem można tu żyć na w miarę przyzwoitym poziomie. Nie głodując, ale też nie odmawiając sobie piwa ani dobrego obiadu w restauracji. Swoją drogą bardzo dobrze można tu zjeść za bardzo małe pieniądze, nawet jak na skromną kieszeń biednego wolontariusza ;) Dokładniej, mieszkam w miejscowości Struga nad samym Jeziorem Ochrydzkim. Latem jest to mały raj na ziemi i stanowi bardzo dobrą alternatywę dla zatłoczonych morskich kurortów ale także dla pełnego turystów pobliskiego Ochrydu. Bezpośredni przejazd do Macedonii oferuje na razie tylko jeden polski przewoźnik autokarowy - Adamis Tours, bilet w obie strony kosztuje 530 zł. Można też lecieć lotem kombinowanym - najtańsza dostępna opcja lotnicza, Wrocław - Wenecja - Skopje, od ok. 230 zł w jedną stronę.

Jeżeli chodzi o poruszanie się wewnątrz kraju, to ceny biletów autobusowych są nieco droższe niż u nas. Oczywiście najbardziej opłaca się kupować od razu bilet w obie strony, wychodzi dużo taniej. Przykładowo, bilet relacji Struga - Skopje (ok. 180 km) kosztuje 500 denarów macedońskich - 1 denar to ok. 0.067 złotego, 1 euro = 61 denarów (kurs euro do denara jest stały). Jeżeli jednak kupimy bilet w obie strony, zapłacimy 650 denarów, czyli 325 w jedną stronę. Bilet jest ważny 2 miesiące. Można też wybrać inny środek komunikacji - pociąg. Tu ceny znacznie się różnią od komunikacji autobusowej. Za przejazd 100 km trasy Skopje - Kicevo zapłacimy 130 lub 97 denarów (koleje honorują zniżki studenckie, macedoński PKS - niekoniecznie), Skopje - Bitola (180km) 200 denarów. Macedońskie koleje nie są jednak zbyt rozwinięte i pociągiem nie wszędzie dojedziemy. Jeżeli chodzi o stopowanie w Macedonii to trzeba powiedzieć, że jest to kraj bardzo przyjazny dla autostopowiczów, z resztą jak większość krajów bałkańskich. Więcej, szczegółowo o cenach w Macedonii już wkrótce w kolejnej części.

Mam nadzieję, że Zenon zachęcił was do wizyty w Macedonii? Jeśli jeszcze się wahacie, to polecam zajrzeć na jego bloga, a z pewnością zdjęcia tam zamieszczone przekonają was do wizyty w tym pięknym kraju.

poniedziałek, 5 marca 2012

Dziś gościmy gdzie indziej!

Dzisiejszy post został przygotowany do przeczytania gościnnie na zaprzyjaźnionym blogu - zapraszam na exploringbalkans.blogspot.com.

sobota, 3 marca 2012

Mazowiecki Wietnam

Dziś znalazłem ciekawy, wczorajszy artykuł opublikowany na portalu Wyborcza.pl. Na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego autor - Maciej Ostaszewski - sprawdził, co by było gdyby każde województwo było osobnym krajem. Dokładne informacje na temat metodologii znajdziecie w tym miejscu. Poniższa mapa pochodzi z tego artykułu:



Źródło: Wyborcza.pl


Gdyby więc od Polski teoretycznie odłączyło się województwo Mazowieckie - jego gospodarka byłaby podobna pod względem wielkości do gospodarki wietnamskiej. Całe województwo lubelskie byłoby tak bogate, jak cała Uganda a zachodniopomorskie - jak Bośnia i Hercegowina. Oczywiście poziom życia jest wyższy w Polsce niż w zdecydowanej większości, jeśli nie we wszystkich pokazanych na mapie krajach. Daje to jednak obraz sytuacji mniejszych krajów.

Swoją drogą porównajcie chociażby wielkość województwa Wielkopolskiego z wielkością Serbii. Serbia jest około 3 razy większa i ma ponad 2 razy więcej mieszkańców niż województwo Wielkopolskie. I taką samą wielkość produktu krajowego brutto. Podobnie pewnie wypadłoby porównanie bogatych krajów z Polską - ostatnio przecież wartość giełdowa firmy Apple przekroczyła wartość pkb generowanego w ciągu całego roku w naszym kraju. Ciekawe jest też to, że na powyższej mapie pokazano dwa sąsiadujące z Serbią kraje - Albanię oraz Bośnię i Hercegowinę. Z ciekawości sprawdziłem, co jeszcze w regionie moglibyśmy "wziąć". Otóż starczyłoby nam na całą Grecję i jeszcze zostałoby mniej więcej na Bułgarię i Chorwację.

Wychodzi więc na to, że Polska nie jest wcale ani małym, ani biednym krajem. Nasze PKB na osobę przekroczyło w zeszłym roku 13 tysięcy dolarów (przy dość słabej złotówce). Było to więcej niż w wielu krajach bałkańskich ale z kolei w Grecji PKB per capita był ponad 2 razy wyższy niż w naszym kraju. Jestem jednak przekonany, że większa część wolałaby mieszkać w Polsce niż w Grecji biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich kilku lat.







wtorek, 7 lutego 2012

Złoty w górę, euro w dół.

W ostatnich dniach widać na rynku walutowym bardzo znaczące umocnienie się złotówki - znaczy to po prostu tyle, że musimy zapłacić mniej złotych za jedno euro. W ciągu ostatniego miesiąca kurs (średni) spadł z około 4,50 zł do 4,18 zł - oznacza to ponad siedmioprocentowe umocnienie się złotówki. Z jednej strony spowoduje to, że towary z importu będą tańsze, ale jednocześnie eksporterzy z naszego kraju będą zarabiali mniej. Warto zwrócić uwagę na to, jaki taka sytuacja ma wpływ na osoby zarabiające w złotówkach a wydające w euro.

Na początku zacznijmy przewrotnie od końca. Mam znajomego który pracuje w Szwecji ale zarabia nie w koronach szwedzkich a w euro. Załóżmy, że zarabia 10 000 euro miesięcznie ale mieszka i pracuje w Polsce (z polski). Jeśli jego poziom zarobków utrzymuje się na tym samym poziomie (w euro) to jego zarobki przelczone na złotówki spadają. Jeszcze miesiąc temu mógł zarobić w ten sposób około 45 000 zł miesięcznie, obecnie już tylko około 41 800zł. Różnica jest wyraźna - 3 200 zł miesięcznie. Wysokość zarobków oczywiście wymyśliłem, nie zaglądam nikomu do portfela, ale sądzę, że może tyle zarabiać. W końcu pracuje w branży bardzo specjalistycznej.

Weźmy teraz pod uwagę blogera zarabiającego miesięcznie 300 euro na reklamach na swoim blogu. Jeszcze miesiąc jego zarobki wynosiły 1 350 zł, obecnie jest to już tylko 1 254 zł - stówka mniej. No, jeśli taka osoba swoje zarobki otrzymywałaby jedynie z bloga to budżet miesięczny wymagałby dociśnięcia pasa.

Teraz przeanalizujmy inną sprawę. Załóżmy, że zarabiamy miesięcznie 2 000 zł ale mieszkamy w innym kraju - niech będzie to moja ostatnio ulubiona Macedonia. Denar Macedoński jest bardzo stały w stosunku do euro, w ciągu ostatnich 4 lat wahania wynosiły 59-63 denarów za jedno euro, przy czym średnio wychodzi 61,5 denara za euro. Taką wartość przyjmę do dalszych wyliczeń. Jeszcze miesiąc temu za 2 000 zł można było około 444,5 euro (przy kursie 4,5zł) co dawało 27 336,75 denara. Obecnie jest to około 478,5 euro - czyli 29 427,75 denara. Różnica to ponad 2 000 denarów. Co można za to kupić? 10 litrów domowej rakii po 200 denarów za litr. 20 butelek dobrego wina lub 40 litrów taniego (ale pijalnego) wina. Można też za tą kwotę kupić kilkadziesiąt kilogramów warzyw czy owoców - pomarańcze z tego co pamiętam kosztowały 25 denarów za kilogram. Średnia pizza margarita kosztowała około 140 denarów - można by wiec zjeść 15 takich pizz co z pewnością zapewniłoby dużą część posiłków w miesiącu. Można by też za to kupić 80 miejscowych piw (chociaż te są akurat średnie). Niby nic się nie zmieniło, a zmieniłoby się tak wiele jeśli mieszkalibyśmy w Macedonii a zarabiali w złotówkach. Oczywiście rzecz działa w obie strony i jeśli złotówka się osłabi do 4,5 za euro - znów będzie 20 litrów rakii mniej.

I na koniec jeszcze chciałbym sobie pomarzyć. Zarabiajmy tyle samo w złotówkach, niech będzie. Ale niech kurs złotego umocni się tak, jak kiedyś w 2009 roku - do 3,20 zł za euro. Wiecie ile będziemy wtedy zarabiać denarów macedońskich? 38 437,3 denara. Ponad 11 000 więcej denarów niż jeszcze miesiąc temu. Ponad 55 litrów rakii miesięcznie więcej za friko. Nie do przepicia. Tak właśnie wygląda magia kursu walutowego (w przypadku umocnienia złotego :) ).



piątek, 27 stycznia 2012

Macedonia, część druga

W grudniu i na początku stycznia miałem trochę mniej czasu na pisanie postów, a to dlatego, że znowu odwiedziłem Macedonię. Muszę wam przyznać, że kraj ten jest... hmm... inny niż Polska. Potrafią wydać mnóstwo pieniędzy na pomniki, potrafią zorganizować co chwilę jakieś imprezy, potrafią dobrze się bawić. Ale jednocześnie można żyć albo tanio, albo drogo (jak na warunki lokalne).

Będąc w Skopje poruszaliśmy się głównie taksówkami - koszt to 40 denarów - 3 złote. Za przejechany kilometr wychodziło 25 denarów - czyli 1,8zł (tu już nie tak tanio). W bardzo dobrych restauracjach jedliśmy (w dwie osoby) obiad za 50-60 złotych. Będąc za to w o wiele mniejszej (lecz turystycznej) miejscowości (lecz poza sezonem) płaciliśmy już o wiele taniej. Za przejazd taksówką na odległość 15 kilometrów zapłaciliśmy około 15 złotych. Za przejazd z centrum do mieszkania - około 2km w chłodzie - zapłaciliśmy 3 złote. Za litr domowej rakiji płaciliśmy 200 denarów (15 złotych) a można było kupić i za 140 denarów. Ceny warzyw były dużo wyższe niż w lecie, ale i tak tańsze niż w Polsce. Jednym słowem - idealne miejsce na dłuższy urlop.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Ogórki kiszone

Przewrotny tytuł dzisiejszego posta jest dość istotny z punktu widzenia relokacji. Jedzenie. Trzeba zwrócić na to uwagę i piszę to całkiem serio. Jedzenie w innych krajach jest najczęściej inne niż w naszym kraju i ogórków kiszonych raczej w Meksyku czy Indonezji nie dostaniemy. Z rozmów ze znajomymi wynika, że najczęściej brakuje im:

- ogórków kiszonych
- pierogów ruskich
- polskich słodyczy
- białego sera
- "normalnej" kiełbasy
- polskiego alkoholu

Przyzwyczajenia smakowe przy relokacji stają się problemowe - o ile w jakiś magiczny sposób można próbować zrobić samemu biały ser czy kiełbasę to wymaga to niesamowicie większych kosztów i mnóstwa czasu niż na ich "załatwienie" w Polsce. Całe szczęście tu pomocą służą znajomi którzy od czasu do czasu nas odwiedzając mogą przywieźć niewielką wałówkę. Należy też pamiętać, że podobne problemy pojawią się przy powrocie do Polski lub przy kolejnej relokacji. Na Islandii na przykład są wyśmienite czekolady i inne słodycze (a jak ktoś uwielbia lukrecje to istny raj), w Macedonii typowe śniadanie na kaca to burek a z Czech mi osobiście zawsze brakuje piwa. Poza Europą są charakterystyczne dania, przyprawy czy owoce które jeśli nam posmakują sprawią, że po wyjeździe będziemy za nimi tęsknić. Biorąc pod uwagę dłuższą relokację trzeba więc uwzględnić tak wydawałoby się głupie sprawy i zawsze brać ze sobą słoik ogórków kiszonych w zapasie.