Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 kwietnia 2014

Napiwki - mój głos w sprawie

Przed chwilą trafiłem na niezwykle ciekawy artykuł napisany przez Magdę: "Napiwki [ile i dlaczego tak dużo?]" - i podświadomie od razu poczułem się wywołany do tablicy. Więc jak to jest z tymi napiwkami?

Polska

Źródło: yourfriendlyneighborhoodbarista.files.wordpress.com
W naszym pięknym kraju możesz dać napiwek, możesz go nie dać. Dla mnie sprawa jest prosta: jeśli obsługuje mnie kobieta - a tak jest zazwyczaj - napiwek daję, jeśli kelnerka jest uśmiechnięta i nie mam nic do zarzucenia poziomowi obsługi. Jeśli dziewczyna zachowuje się jakby miała klienta gdzieś to nawet jeśli zjadłbym najlepsze danie, to zdecydowanie nie będzie ona zasługiwała na napiwek. Ale kucharz owszem. W przypadku mężczyzn mnie obsługujących napiwek daję wtedy, gdy obsługuje mnie on w sposób kompetentny - sugerując potrawy czy sprawdzając po ich podaniu czy wszystko jest ok. Gdy daję napiwek, zazwyczaj płacę gotówką i zaokrąglam rachunek w górę o kwotę nie mniejszą niż 10% - no ale też nie ma sensu dawać napiwku na poziomie 50 groszy jak kupuje się jedno piwo za piątaka.
A co gdy nie chcę dać napiwku, bo nie jestem zadowolony z obsługi? Płacę kartą - choć część firm umożliwia pobranie w ten sposób napiwku, to nie zdarzyło mi się nigdy, by kelner w naszym kraju się o niego upomniał.

Czechy

W Czechach, jak pisze Magda, napiwek jest wręcz wymagany. Absolutnie się z tym nie zgadzam! W tym kraju spędzam od 10 lat co najmniej 2 tygodnie w roku i jeszcze ani razu nie zdarzyło mi się, by ktokolwiek upomniał się o napiwek. A restauracje są wtedy podstawą mojego wyżywienia. Nie miałem takiej sytuacji ani w podrzędnym barze w małej miejscowości, ani w restauracji na poziomie w dużym mieście. A co do samego zostawiania napiwków - zazwyczaj jedzenie mi bardzo smakuje, więc płaconą kwotę zaokrąglam w górę. Ale jeśli zamawiam dwa piwa po 25 koron - raczej nie będę dawał dodatkowej gotówki kelnerowi.

Włochy

Byłem tam raz. Kilka wizyt w restauracjach, więc dużego porównania nie mam. Choć faktycznie podczas pobytu w Wenecji poruszyło mnie to, że w menu była informacja o obowiązkowym wynagrodzeniu kelnera - zazwyczaj więc rezygnowaliśmy z takich restauracji. 2 euro w przypadku wizyty kilku czy kilkunastu osób w restauracji, zwłaszcza jeśli zamawia się jedynie po kawałku pizzy czy kawie, jest faktycznie kwotą sporą. Ale to inna kultura i moja wizyta była w czasach studenckich, kiedy napiwki też dawało się mniejsze.

Macedonia

Tam byłem 2 razy - Magda nie pisze o tym kraju (wspomina za to Japonię oraz Węgry). Ze swojego doświadczenia napiszę, że nigdy nikt nie upomniał się o napiwek, a w dużej mierze to właśnie restauracje mnie żywiły. Jednak tam zazwyczaj napiwek zostawiałem. Dlaczego? Bo po prostu ceny są stosunkowo niskie i nie jest to problemem. Jeśli jesteśmy na wakacjach i płacimy za posiłek dla dwóch osób w restauracji 30 złotych, to nie ma problemu z dorzuceniem kilku dodatkowych. W Macedonii jest to szczególnie proste, bowiem najmniejszy banknot to 10 denarów, czyli jakieś 60-70 groszy. Możemy więc zostawić nawet niewielki napiwek. Co ważne, średnia pensja krajowa netto to w tym kraju mniej więcej tego, co połowa u nas. A jeśli jeszcze założymy, że kelner zarabia połowę średniej krajowej to wyjdzie na to, że jego miesięczne zarobki wyniosą 10 000 denarów. 100 denarów napiwku (6-7 złotych) da mu więc 1% miesięcznych dochodów. To tak, jakby kelner zarabiający w Polsce 1500 złotych netto dostał napiwek na poziomie 15 złotych.


Podsumowując, co kraj to obyczaj. Zazwyczaj lepiej zostawić napiwek podczas podróży zagranicznych, nawet niewielki. Szczególnie do krajów biedniejszych od naszego - takie jest moje założenie. A w Polsce - jak na wstępie.

P.S. Średni napiwek (uwzględniający cały miesiąc i wszystkich klientów) w przypadku dostawcy pizzy to około 3zł (Warszawa, 4-5 lat temu). Najlepszy w najlepszym miesiącu w roku wykonał ponad 1000 dostaw, więc napiwki spokojnie pokryły mu koszty paliwa i napraw auta, a wynagrodzenie z pizzerii było czystym dochodem (4,40 brutto za kurs + stawka godzinowa).

czwartek, 13 czerwca 2013

Co warto zobaczyć w Czechach?

Źródło: wikipedia
Zbliżające się wakacje to czas, kiedy Polacy chętnie wybierają się za granicę. Jednym z takich miejsc są Czechy, gdzie tylko w pierwszych trzech kwartałach 2012 roku pojawiło się... 315 561 turystów z naszego kraju. Dane te nie uwzględniają osób które tylko przejeżdżały przez Czechy lub wjechały i wyjechały tego samego dnia. Czy jednak wiecie, co warto zobaczyć w Czechach?

W znalezionym przeze mnie tygodniku "Ekonom" znalazło się zestawienie najpopularniejszych atrakcji turystycznych w Czechach. Oto 10 najpopularniejszych miejsc:


  1. Zamek na Hradczanach 1 430 000 odwiedzających
  2. Zoo w Pradze - 1 372 000 odwiedzających
  3. Aquapark w Pradze - 830 000 odwiedzających
  4. Ratusz Staromiejscki w Pradze - 571 000 odwiedzających
  5. Żydowskie muzeum w Pradze - 561 000 odwiedzających
  6. Zoo Żlin-Leśna - 503 000 odwiedzających
  7. Zoo Ostrava - 499 000 odwiedzających
  8. Galeria Narodowa w Pradze - 477 000 odwiedzających
  9. Zoo Pilzno - 461 000 odwiedzających
  10. Petřínská rozhledna - wieża widokowa w Pradze - 421 000 odwiedzających

Nie wiem czy zwróciło to Waszą uwagę, ale moją bardzo mocno: 4 miejsca w pierwszej dziesiątce zajmują ogrody zoologiczne. Czy więc na pytanie: "co warto zobaczyć w Czechach?" powinniśmy odpowiedzieć "Zoo warto odwiedzić w Czechach!"?

Moją uwagę zwróciła jeszcze jedna rzecz. Na 10 najczęściej odwiedzanych miejsc w Czechach, aż 7 znajduje się w Pradze! To tak, jakby turyści w Polsce przyjeżdżali tylko do Warszawy, a czasem odwiedzili Zoo we Wrocławiu, Gdańsku i Poznaniu.

Z mojego osobistego punktu widzenia warto odwiedzić nie tylko Pragę. W tym mieście byłem tylko raz czy dwa razy i jestem zdania, że prawdziwe Czechy są poza Pragą. Warto odwiedzić chociażby Ołomuniec, który został tu zupełnie pominięty. Co warto odwiedzić w Czechach? Na pewno Pragę, ale powinien to być jedynie niewielki epizod w całej podróży po tym pięknym kraju. 

środa, 5 czerwca 2013

Nocleg w Zamościu

Niedawno miałem przyjemność odwiedzić Zamość. Miasto w województwie Lubelskim, położone w pięknej lokalizacji i nazywane "Perłą Renesansu". Perłę można w sumie wypić na rynku, co do renesansu - to już nie wiem ;)

Źródło: Arkadia-zamosc.pl

Ale żarty odłóżmy na bok. Samo miasto jest dość ładne i każdy powinien je odwiedzić. Podczas wizyty z soboty na niedzielę rynek i jego okolice wyglądały (w porównaniu z większymi miejscowościami) na wymarłe. Pogoda była ładna, ale nie idealna i pewnie to sprawiło, że turystów było niewielu. Mogliśmy więc swobodnie zwiedzić Rynek i jego okolice.

Tematyka tego bloga skupia się jednak w sporej części na kosztach. Koszt noclegu w Zamościu wcale nie był wysoki. Wybór padł na Pokoje Gościnne Arkadia. W poszukiwaniach pomagały mi jedynie strony internetowe pensjonatów i hoteli i w ten też sposób trafiłem na stronę Arkadii. Wszystko wyglądało bardzo ładnie - świetna lokalizacja (kamienica położona przy rynku), śniadanie w cenie oraz przyzwoita cena. Za pokój dwuosobowy ze śniadaniem zapłaciliśmy 150 złotych, co jest ceną dość atrakcyjną. Zakładając, że śniadanie kosztowałoby nas 15 złotych od osoby, 60 złotych za noc nie jest ceną wysoką. Zwłaszcza w takiej lokalizacji. 

Źródło: Arkadia-zamosc.pl

Jednak pomimo całej atrakcyjności miejsca i przyjemnej obsługi, mam wrażenie standardu raczej hostelowego niż hotelowego. Właściciele tego miejsca zdecydowanie mogliby poprawić standard pokojów, które wyglądają jak sprzed 10-15 lat. Mimo tego problemu, w pokojach było czysto i przyjemnie, choć w pewnym momencie skończyła się ciepła woda... Urok starej kamienicy.

Pokoje Gościnne Arkadia mogą być jednak dobrym wyborem dla osób, które cenią sobie lokalizację, cenę,  a jednocześnie są w stanie zaakceptować nieco niższy standard (niż ten na zdjęciach na ich stronie). Jednak 150 złotych wobec 380 złotych za nocleg dwóch osób w hotelu obok potrafi zrobić sporą różnicę. Za tę cenę chyba jednak warto. Alternatywą jest wybór lepszych warunków, ale dużo dalej od rynku.

P.S.: W standardzie jest śniadanie kontynentalne, ale tym kontynentem nie jest Afryka. Dwie osoby spokojnie się najadły.

czwartek, 17 stycznia 2013

Fotoradar? Są rzeczy ważniejsze.

Straszny szum jest ostatnio we wszystkich mediach. Związany oczywiście z fotoradarami. Choć robię każdego roku kilkadziesiąt tysięcy kilometrów, to póki co udało mi się zachować czyste konto. Zarówno jeśli chodzi o wypadki z mojej winy jak i punkty karne. Wszystko dzięki CB Radiu. Moim zdaniem to ono o wiele bardziej wpływa na bezpieczeństwo, niż fotoradary. Ale do rzeczy.

W budżecie ten rok (nie sprawdzałem tego, dane zasłyszane w mediach) ponoć jest zapisane 1,5 miliarda złotych z tytułu mandatów nałożonych na kierowców. Kierowców (szacunkowe dane) jest w naszym kraju 17 milionów, z czego pewnie ze 2 miliony osób ma prawo jazdy, ale go nie używa. Sam znam takie osoby i są to nie tylko emeryci, ale też osoby chore, korzystające z komunikacji miejsckiej ze względu na koszty auta, czy w końcu Ci, którzy zdali egzamin po to, by go zdać.

Cóż to oznacza dla nas, kierowców? Otóż średnio wychodzi na to, że każdy z nas powinien w tym roku dostać mandat na stówę. Tyle dostaniemy na przykład za:
  • Niekorzystanie z pasów bezpieczeństwa podczas jazdy 
  • Kierowanie pojazdem przewożącym pasażerów niekorzystających z pasów bezpieczeństwa
  • Nieużywanie hełmu ochronnego przez kierującego motocyklem lub motorowerem  
  • Wjeżdżanie na pas między jezdniami
  • Przekroczenie dopuszczalnej prędkości o 11 - 30 km/h (w zależności od uśmiechu)
  • Niestosowanie się przez kierującego pojazdem wolnobieżnym, ciągnikiem rolniczym lub pojazdem bez silnika do obowiązku usunięcia się jak najbardziej w prawo i - w razie potrzeby - zatrzymania się w celu ułatwienia wyprzedzenia
  • Naruszenie obowiązku zatrzymania pojazdu w takim miejscu i na taki czas, aby umożliwić pieszym swobodny dostęp do pojazdów komunikacji publicznej - w przypadku braku wysepki dla pasażerów na przystanku

Zresztą, możliwości jest o wiele więcej. Rozmawiałem ostatni ze znajomym (12 punktów) i stwierdził, że jeździ teraz po prostu bezpieczniej. Podobnie i ja, zdecydowałem się na bezpieczniejszą i wolniejszą jazdę, chociaż czasem tracę przez to dużo czasu.

Jednak czy fotoradary zapewniają bezpieczeństwo? Śmiem twierdzić, że "zdecydowanie raczej nie". Stawiane są często w bezsensownych miejscach. Poprawa bezpieczeństwa ruchu drogowego i pieszych powinna opierać się przede wszystkim na zbudowaniu bezkolizyjnej sieci dróg i wyeliminowaniu bezsensownych znaków (jak na trasie z Warszawy do Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie na ekspresówce jest długi odcinek ograniczenia do 100km/h).

Poniżej punktuję moim zdaniem najważniejsze sprawy zwiększające bezpieczeństwo:
  • Dobre drogi
  • Właściwe oznakowanie dróg
  • Patrole policji
  • Nieuchronność kary
  • Restrykcyjne przeglądy techniczne aut
Szerokiej i bezpiecznej drogi!

czwartek, 15 listopada 2012

Rowerem dookoła świata

Dziś wpis, który mam nadzieję, że zainspiruje przynajmniej kilka osób do zrobienia czegoś niesamowitego. Na początku obejrzyjcie koniecznie ten film:


To teraz krótka opowieść. Kima miałem okazję przelotnie spotkać w mieszaniu zajmowanym przez mojego znajomego, autora bloga Exploring Balkans, podczas wizyty w Macedonii. Okazało się, że został on zaproszony przez znajomych i nawet mój gospodarz o tym nie wiedział. Dopiero później dowiedzieliśmy się, kim Kim jest :)

Kim jest podróżnikiem. Można powiedzieć, że podróżnikiem ekstremalnym. Z rozmowy z nim pamiętam, że wyruszył z Korei i podróżował między innymi przez Rosję, kraje bałtyckie, Polskę, Słowację i dalej na Bałkany gdzie się widzieliśmy. Kolejnym jego celem była Turcja z której miał w jakiś sposób przedostać się na drugą stronę oceanu. Po powrocie do swojej ojczyzny Kim miał napisać książkę w której opisałby swoje przygody. A wszystko to z pomocą roweru. Pamiętam jeszcze, jak Kim mówił o pieniądzach - wydawał je podobno ostatnio w Rosji a od tego momentu zarówno spanie jak i jedzenie miał dostarczane przez gospodarzy. Wspaniała przygoda.

Moją uwagę zwróciło szczególnie to, jak powoli idzie mu cała podróż. Poznałem go na przełomie września i października ubiegłego roku w Macedonii a już wtedy miał za sobą długą podróż. Trzeba też pamiętać, że kawał drogi jeszcze przed nim. Zresztą, nie będę się bardziej rozpisywał tylko już po raz trzeci dziś obejrzę ten film...

niedziela, 26 sierpnia 2012

Po urlopie w Czechach

Ponad tygodniowy urlop u naszych południowych sąsiadów dał mi po raz kolejny wiele przyjemności. Udało się odpocząć, zwiedzić już znane i te jeszcze przeze mnie nieuczęszczane szlaki. Było trochę grzybów, choć mniej niż w poprzednich latach. Było kilka świeżo wędzonych rybek i nie jedno wyborne, czeskie piwo. Ale kolejna wyprawa do tego kraju daje szansę na poznanie przez was między innymi cen w Czechach czy miejsc które warto odwiedzić w tym kraju. Na początek przygotuję kilka artykułów na temat cen - w końcu to one najczęściej Was interesują w kontekście podróży zagranicznych.

Wszystkie ceny umieszczone w jednym artykule byłyby niesamowicie chaotyczne i nie dałoby się w sposób spokojny i spójny wyjaśnić wszystkich niuansów związanych z poszczególnymi produktami. Dlatego też w najbliższych dniach pojawią się artykuły o tytułach:

- Ceny alkoholu w Czechach
- Ceny słodyczy w Czechach
- Ceny mięsa w Czechach
- Ceny warzyw i owoców w Czechach
- Ceny innych produktów w Czechach
- Ceny w czeskich restauracjach
- Ceny nieruchomości w Czechach

W ten sposób uporządkowane ceny dadzą Wam jak najbardziej klarowny obraz tego, ile co kosztuje za naszą południową granicą. Jednocześnie będzie to dla mnie o wiele łatwiejsze przy kolejnych podróżach do Czech - zarówno sam będę mógł szybciej i łatwiej porównać ceny jak i wy będziecie mogli szukając na przykład ceny piwa w Czechach poznać dokładną informację na ten temat z chwili obecnej i w przyszłości. Dzięki temu będziemy mogli śledzić wspólnie ceny tych produktów - bo czasem można trafić na prawdziwe okazje a czasem zdecydowanie przepłacimy. Tak jest chociażby w przypadku czekolady Studentskiej - która w jednym miejscu kosztuje 33 korony, w innym ponad 47 a w kolejnym około 47 ale za dwie sztuki. Podobnie jest w wielu przypadkach - wino kosztujące w jednym sklepie 88 koron (około 14,70zł) w innym kosztuje 60 koron (10zł) - co daje różnicę rzędu kilkudziesięciu procent!

Oczywiście, nie w każdym wypadku jestem w stanie podać ceny z różnych sklepów gdyż głównie posiłkował się będę gazetką reklamową i wieloma paragonami z jednej sieci handlowej, jednak pamięć cen z innych sklepów czy możliwość skomentowania każdej z nich da szansę na łatwiejsze poszukiwanie niższych cen omawianych produktów zarówno przez Was jak i przeze mnie w przyszłości.

W dalszej kolejności będę planował napisać kilka artykułów na temat samego zwiedzania Czech - głównie w kontekście Moraw, gdzie najczęściej przebywam. Znajduje się tam kilka miejsc które zdecydowanie warto odwiedzić a mało kto o nich wie. Do tego dodam pewnie kilka informacji o noclegach czy dodatkowych atrakcjach, ale zobaczymy, kiedy będziecie mieli dość tematów związanych z Czechami.

środa, 18 lipca 2012

Polskie drogi są super!

Serio, polskie drogi są wyśmienite. Ale żeby nie było za słodko i byśmy wszyscy się czuli lepiej to na początek trochę narzekania.

Oczywiście, polskie drogi są dziurawe. Nie mamy autostrad, samochodów na drogach jest tyle, ilu ludzi w gorący letni weekend w Zakopanem. W Kołbieli można spędzić kilkadziesiąt minut w korku bez większych problemów, tak samo jak w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego. Wyjazd w piątek z Warszawy potrafi trwać dwie godziny a w Łodzi staram się nie jeździć więcej niż 50km/h i to nie ze względu na potencjalny mandat ale ze względu na najgorszą moim zdaniem jakość dróg w Polsce.

Narzekać można, ale ja jestem mile zaskoczony. W ciągu ostatniego tygodnia zrobiłem ponad 1500 kilometrów zahaczając między innymi o Lublin, Warszawę, Łódź, Wrocław czy Katowice. Jeździło mi się bardzo dobrze mimo, że kilka niedoróbek jeszcze jest. Jednak polskie drogi są już na wysokim poziomie. Pierwszy raz jechałem nowo oddaną autostradą A2 z Warszawy do Łodzi i jestem zachwycony! Czas przejazdu do Łodzi skrócił się o ponad godzinę. Około 100km można spokojnie jechać autostradą nie stojąc w korkach na dotychczasowej trasie.

Drugim bardzo miłym zaskoczeniem była obwodnica Opoczna. Już z kilka miesięcy nie jechałem tą trasą ale pamiętam, że obwodnica Opoczna była w budowie od dłuższego czasu. I co? Super! Nawierzchnia idealna (miejscami lepsza niż na A2, ale to ze względu na brak warstwy ścieralnej), bardzo dobre oznakowanie, bardzo mały ruch i żadnych problemów z wjazdem na tą obwodnicę. Jedzie się nią tak samo jak obwodnicą Kraśnika a tylko nieco gorzej niż obwodnicą Garwolina (no, ale tu mamy dwupasmówkę). Polskie drogi są coraz lepsze.

Pamiętam, jak kilka lat temu jeździłem do Czech. Jeśli wybieraliśmy się tam autokarem to ostatnich kilkadziesiąt kilometrów męczyliśmy się na kiepskich drogach i wjazd do Czech był dla amortyzatorów wszystkich pojazdów jak zimne piwko po ciężkiej pracy w upalny letni dzień. Drogi tam były świetne, u nas fatalne. A teraz? Drogi dojazdowe (tamte którymi jeżdżę) są odnowione w co najmniej tak wysokim standardzie jak w Czechach, różnica niezauważalna.

Autostrady. Polskie drogi tego typu są moim zdaniem budowane na wysokim poziomie. Nie miałem przyjemności jeździć po krajach zachodnich, jednak czeskie autostrady wydawały mi się gorszej jakości. Słowackie chyba też. W porównaniu z węgierską autostradą nasze są budowane na pewno w wyższym standardzie. Serbska autostrada to coś jak u nas trasa numer 1 która jest kiepskiej jakości ale za to ma dwa pasy w każdą stronę. Macedonia? Autostrada to dwa pasy dużo węższe niż u nas, pobocze o połowę mniejsze i zamiast pasu zieleni są betonowe bloczki które jeszcze zmniejszają optycznie trasę. Polskie drogi w porównaniu z tymi, które widziałem w wielu miejscach są bardzo dobre.

Nie zdziwię się, jeśli zaraz ktoś zacznie marudzić, że u niego na osiedlu droga wygląda jak dziurawy ser a do pracy 50km jedzie ze średnią prędkością 35km/h. Zgodzę się, że nie wszystko jest idealne ale jednak drogi mamy już na dobrym poziomie i zdecydowanie zauważam jego wzrost. Chociażby wiele miejscowości które dostało pieniądze z budżetu na zwykłe, gminne, kilkukilometrowe odcinki. Tylko to zdecydowanie poprawiło standard wielu dróg!

Podsumowując chciałbym tylko zaproponować jedno: jeśli narzekasz na polskie drogi to zrób sobie wakacje w Albanii, spojrzysz na nasz kraj z innego punktu widzenia i ucieszy cię niewielka koleina zamiast wielkiej dziury, ucieszy cię dwupasmówka mimo, że coś Ci w niej do tej pory nie odpowiadało. Będziesz zadowolony z każdego kilometra autostrady w naszym kraju. Polskie drogi w porównaniu z tym co było jeszcze kilka lat temu są wspaniałe i będzie coraz lepiej.

P.S. Powyższy teks nie był sponsorowany przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad ani przez żadne ministerstwo ;)

poniedziałek, 9 lipca 2012

O zrozumieniu kryzysu i wakacyjnych wyjazdach

Mimoa.eu
Zajęło mi to jakiś tydzień. Przez ostatnie siedem dni nie zrobiłem nic konstruktywnego. W pracy niższa efektywność, po godzinach ucieczka od upału w błogie lenistwo i nawet przy komputerze niewiele byłem w stanie zrobić by zwiększać PKB naszego kraju. Zrozumiałem kryzys. Zarówno Grecja, Hiszpania jak i Portugalia to kraje tak gorące, jak Polska w ubiegłym tygodniu. 35 stopni w cieniu to dla mnie za dużo, pewnie za dużo również dla wielu innych osób. Z tego powodu ogarnęła mnie niesamowita niechęć do wszelkiej pracy i najchętniej siedziałbym przez ten czas w wannie.

Co ciekawe, w tym samym czasie na Bałkanach można było miejscami siedzieć w błogich 24 stopniach obserwując przepiękne burze... no ale kto by pomyślał, że pogoda spłata nam takiego psikusa? ;)

eostroleka.pl
W ostatnich dniach doszła nas również wiadomość o bankructwie jednego z największych biur podróży. Kilka tysięcy osób utknęło za granicą, lecz upadku tego biura na pewno nie spowodował kryzys zaufania panujący na sporej części naszego kontynentu. W Polsce nie ma i w ciągu ostatnich kilku lat nie było kryzysu (lub dla pesymistów: kryzys był u nas zawsze i w tej materii nic się nie zmieniło przez ostatnich kilka lat). Upadek biura podróży uczy nas jednak kilku bardzo ważnych rzeczy:


1) Najlepiej organizuj wyjazd samodzielnie, powinieneś oszczędzić sporo pieniędzy a przygotowanie wszystkiego już samo w sobie często jest wielką frajdą
2) Pieniądze na wyjazd odkładaj, zbieraj, gromadź lub planuj - nie wyjeżdżaj na urlop za pożyczone pieniądze lub na kredyt!*
3) Sprawdzaj biuro podróży, choć nie zagwarantuje Ci to dobrych wczasów ani pewności, że biuro podróży nie zbankrutuje to jednak możesz zmniejszyć prawdopodobieństwo wyboru złego tour operatora

W punkcie drugim umieściłem gwiazdeczkę, bo przypomniała mi się zeszłoroczna sytuacja, kiedy moja znajoma, studentka, planowała z koleżanką wyjazd na Dominikanę. Wyjazd kosztujący między 5 a 6 tysięcy złotych, ona z tysiakiem w ręku i obiecanym drugim tysiakiem od rodziców. Miesięczne przychody studentki to około 1000zł z czego połowa idzie na mieszkanie, a jedna czwarta na papierosy i alkohol. I chciała pożyczyć (!) brakujące pieniądze tylko po to, by bawić się przez 14 dni. Spłacała by to przez rok, jedząc jedynie to, co przywiozłaby z domu. Owszem, czasem zaszaleć można, ale nie warto raczej wydawać kilkukrotności naszych miesięcznych przychodów na kilku czy kilkunastodniowe balowanie. Wydaje mi się, że optymalnym rozwiązaniem jest przeznaczenie naszego miesięcznego wynagrodzenia na dwutygodniowy wyjazd (oczywiście jeśli posiadamy dzieci - musimy je w tej kwocie uwzględnić, a dochody małżonków możemy zsumować). Takie rozwiązanie da nam pewność, że nie popadniemy w kłopoty finansowe zaraz po powrocie z wakacji. 

Osobiście nie wydałem nigdy więcej niż 3000zł na tygodniowy wyjazd (Islandia), a często wyjazd na 7-10 dni potrafię skalkulować na kilkaset do tysiąca (z niewielkim ogonkiem) złotych. Wszystko opiera się na dobrym zaplanowaniu wyjazdu i dostosowaniu oczekiwań do możliwości finansowych (i odwrotnie).

Dziś było już nieco chłodniej, więc i przyjemniej jest się złapać za kawałek roboty, mam nadzieję, że podobnie będzie w najbliższych dniach. W końcu muszę napisać kilka postów, na które tematy pojawiły się w ostatnich dniach - chodzi między innymi o ceny w Chorwacji, kredyt konsolidacyjny w Alior Banku (w końcu udało się załatwić wszystkie papiery) czy o oszczędzanie na opisywane wyżej wakacje. Trochę brzydsza pogoda i od razu większe chęci do pracy!

niedziela, 15 kwietnia 2012

Gdzie i dlaczego chciałbym pojechać.

Dziś będzie trochę marzycielsko. Do tej pory udało mi się odwiedzić chyba z 9 państw, wszystkie w Europie. Tak na prawdę nie poznałem żadnego z nich bardzo dobrze, mimo, że na przykład w Czechach byłem już chyba ponad 20 razy, z czego kilkanaście razy na 7-10 dni. Jest jednak kilka miejsc, które chciałbym jeszcze odwiedzić i do czego się przymierzam.

Źródło: Pinger.pl
Najłatwiejsza do odwiedzenia jest Malta. Ten kraj ma nieco więcej mieszkańców niż Lublin, a jego powierzchnia to około 316 kilometrów kwadratowych. Nie jest duży. To, co mnie ciągnie do tego kraju to to, że jest tam w miarę tanio. Klimat jest śródziemnomorski, jednak ceny nie różnią się znacząco od Polskich. To duży plus biorąc pod uwagę, że na miejscu płaci się w Euro. Malta jest bardzo małym krajem dzięki czemu można by dość dużą jego część zwiedzić w ciągu kilkunastu dni. Aktualnie przymierzam się bardzo powoli do wyjazdu na Maltę. Koszt przelotu z Krakowa w obie strony to wydatek około 250zł w obie strony i nie trzeba rezerwować biletów dużo wcześniej. Dość łatwo jest je znaleźć w tej cenie. Na miejscu najtańszy hostel jaki znalazłem to koszt 8 Euro za dobę. Planuję więc jeszcze przed wakacjami spróbować odwiedzić Maltę. Koszt przelotu, zakwaterowania i wyżywienia dla dwóch osób nie powinien przekroczyć tysiąca złotych za 2-3 noce na wyspie.

Źródło: Venere.com
Teraz coś trudniejszego: Kuba. Od wielu lat marzę, by pojechać na Kubę. Lubię zarówno kubańską muzykę jak i specyficzny styl życia. Stare samochody na ulicach Havany to moje marzenie tak samo, jak zwiedzanie plantacji trzciny cukrowej, podziwianie metod wyrobu cygar czy rumu. Niesamowicie mocno pragnę tam pojechać i wierzę w to, że w ciągu kilku lat uda mi się spędzić tam co najmniej dwa tygodnie. Niestety problemem są bardzo wysokie koszty podróży. Wycieczki z biurami podróży to koszt od 5000zł w górę, koszt samego przelotu to około 3000zł. Do tej pory miałem okazję lecieć do Włoch czy na Islandię, jednak ten koszt to było odpowiednio 250 i 1500zł w obie strony. Za 3000zł na wspomnianej wyżej Malcie można by przeżyć miesiąc, wynajmując przy tym apartament. Koszt przelotu na Kubę niestety przymusowo odracza na razie moją wizytę w tym kraju, jednak nie tracę nadziei i zbieram się do tego. Powoli, aczkolwiek z uporem.

Źródło: Elicriso.it
Ostatnim krajem który chciałbym wymienić, a który zmieściłby się w pierwszej trójce, jest Nauru. Jest to jednocześnie trzeci kraj na świecie pod względem wielkości... ale od końca. Mniejszy jest tylko Watykan i Monako. To wyspiarskie państewko ma tylko 14 000 mieszkańców, czyli jest wielkości małej polskiej miejscowości. Wszyscy oni żyją na powierzchni nieco ponad 20 kilometrów kwadratowych, można by więc w ciągu miesiąca zadeptać chyba każdy metr kwadratowy tej wyspy. Piszę oczywiście w przenośni :). Bardzo interesujące jest to, że w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku istniało tam kilkaset (!) banków. Swoją drogą, jeśli chodzi o gospodarkę - eksportują oni około 600 kilogramów tuńczyków tygodniowo. Jako ekonomistę bardzo interesuje mnie to, jak kraj ten funkcjonuje od środka i bardzo chętnie zobaczył bym to na własne oczy. Niestety tu również barierą jest cena. Koszt przelotu z Polski na Nauru i z powrotem na pewno nie zamknąłby się w kwocie 10 000 złotych. Jest to więc pieśń przyszłości, jednak do tego czasu mogę zdecydowanie podszkolić się z języka naurańskiego.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 2

Dziś druga część fotograficznej relacji z wyjazdu na Islandię, część pierwszą możecie zobaczyć tu. I od razu, żeby nie być gołosłownym, zamieszczam też poniżej zdjęcie islandzkiej autostrady. Zwróćcie uwagę na jej szerokość i brak pobocza. Jedzie się jednak przyjemnie i nie ma dziur. Polecam też spojrzenie na skały w tle - kilkuset metrowej jeśli nie ponad kilometrowej wysokości. Po drugiej stronie drogi zaraz zaczyna się z kolei gigantyczna przestrzeń słonej wody.

Islandzka autostrada dookoła wyspy

Na Islandii pogoda jest bardzo zmienna. Islandczycy mają takie powiedzenie: jeśli nie podoba Ci się aktualna pogoda to poczekaj kilkanaście minut. I faktycznie, pogoda zmienia się tam w bardzo szybkim tempie. W jednej chwili może być słońce i  tak ciepło, że wystarczy koszulka, chwilę później lub kilka kilometrów dalej wiatr zrywa czapki z głów i kurtka zimowa wydaje się być zdecydowanie za chłodna. Jednak nie tylko klimat się zmienia. W miarę przejazdu zmienia się również krajobraz. Co prawda nie tak szybko, lecz równie drastycznie. Po wschodniej stronie wyspy można na przykład zobaczyć księżycowy krajobraz, pustka.


Pustkowie z lodowcem w tle

Jadąc dalej dojechaliśmy w końcu do jednego z tamtejszych lodowców - Svínafellsjökull. Pierwszy raz widziałem w życiu lodowiec i zrobił on na mnie olbrzymie wrażenie. Lodowiec ten był tak duży, że nie dało się go objąć nie tylko aparatem, ale i wzrokiem. W tej samej okolicy znajduje się również najwyższy szczyt Islandii (Hvannadalshnukur - 2119m n.p.m.) który góruje nad rozpościerającym się dookoła lodowcem. Nad samym lodowcem spędziliśmy chyba ze dwie godziny wsłuchując się hałas pękającego lodu. Przenikliwe i jednocześnie głuche odgłosy wydobywające się nie wiadomo skąd dawały nam informację, że jesteśmy jedynie malutką cząstką tego świata. Potęga natury dawała o sobie znać a gigantyczne jezioro roztopowe u stóp lodowca również imponowało swoją wielkością. Wrażenia niesamowite, nie do opisania. Trzeba tam być i milcząc wsłuchać się w odgłosy natury.


Lodowiec Svínafellsjökull

Pierwszy nocleg spędziliśmy w domku agroturystycznym. Dotarliśmy tam już po zmroku jednak nie było najmniejszych problemów z noclegiem. Domek był spory i miał kilka sypialni. Oczywiście na miejscu Internet, więc można było być na bieżąco ze wszystkimi informacjami ze świata mimo, że miejsce to było delikatnie mówiąc na odludziu. Co ciekawe, następnego dnia rano po przebudzeniu i wyjściu na dwór mogliśmy zobaczyć taki widok:

Renifery pasące się niedaleko domku

Po skończonym podziwianiu reniferów i zjedzeniu śniadania wybraliśmy się by zobaczyć kolejny lodowiec. Właściwie jest to już jezioro do którego spływają wody oraz gigantyczne bryły lodu z roztapiającego się lodowca Vatnajökull. Jezioro to znajduje się kilkaset metrów od ujścia rzeki, wielkie bryły lodu spływają więc do oceanu wraz z wodami jeziora. Całość jest wielka i cały dzień można by spędzić tylko nad tym jeziorem.


Jezioro Jökulsárlón, laguna lodowcowa

Jadąc przez Islandię wielokrotnie zatrzymywaliśmy się by podziwiać tamtejsze zwierzęta. Po pierwsze: owce. Jest ich tam podobno dziesięciokrotnie więcej niż mieszkańców - i jestem w to skłonny uwierzyć. Również pasie się tam wolnym wybiegiem bardzo dużo koni. Na uwagę zawraca też olbrzymia ilość wszelkiego rodzaju ptactwa: gęsi, kaczek i wszystkiego innego co lata, a czego nazwy nie znam. Najciekawsze (poza jednym wyjątkiem do którego jeszcze wrócę) były renifery pasące się w okolicach drogi:


Renifery pasące się w pobliżu drogi

Na uwagę zasługują, jak już wielokrotnie pisałem, spektakularne widoki. Nawet teraz, jak oglądam te zdjęcia budzą się we mnie silne emocje które przeżywałem na miejscu. Ogrom wszystkiego jest na Islandii na prawdę imponujący. Prezentują to chociażby fiordy, które wyglądają tam tak:


Fiordy

Tyle na dziś. Kolejna porcja zdjęć jest dostępna pod następującymi adresami:


Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 1
Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 3

sobota, 7 kwietnia 2012

Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 1

Kilkukrotnie pisałem już o mojej wizycie na Islandii, między innymi pisząc o geoarbitrażu do kraju bogatszego czy o tanim nocowaniu. Do tej pory jednak nie umieszczałem żadnych zdjęć. Czas to nadrobić. W końcu sama opowieść, jak bardzo ciekawą by nie była to i tak nie będzie w stanie oddać tego, co widziały oczy. W związku z powyższym zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć z mojej zeszłorocznej wyprawy na tą piękną wyspę. Dziś pierwsza część.

Wylot miał miejsce na początku maja z warszawskiego lotniska imienia Fryderyka Chopina. Samym świtem wylecieliśmy do Reykjaviku z kolegą moich znajomych - do których lecieliśmy. Przelot trwał około 4 godzin, lecieliśmy liniami Iceland Express. Typowe tanie linie lotnicze, szału nie było ale też nie było na co narzekać. Zaraz po wylądowaniu zostaliśmy przeszukani przez służby lotniska i po otrzymaniu przez towarzysza podróży mandatu za nadmierną ilość alkoholu w bagażu mogliśmy ruszać. Co ciekawe - nie przeszukali nas pod kątem papierosów ale za to szukali nieprzetworzonych wyrobów z mleka czy mięsa których wwóz na teren Islandii jest zabroniony. Po dojechaniu wynajętym samochodem do Reykjaviku i szybkim przepakowaniu ruszyliśmy w podroż dookoła wyspy.

Pierwszy postój w okolicach Reykjaviku

To, co na początku mnie zaskoczyło podczas tego wyjazdu to to, że puste przestrzenie są gigantyczne. Nie ma tak urozmaiconego działaniem człowieka krajobrazu jak w Polsce i jak coś jest, to na całego. Do tego jeszcze wrócę. Kolejnym ciekawym aspektem było to, że na wyspie widzieliśmy mnóstwo wodospadów, chociażby takich jak ten o wysokości ponad 60 metrów:

Wodospad Seljalandsfoss o wysokości 65m

Ale widok ten nie oddaje całego obrazu. Szum spadającej wody był na prawdę głośny. Widok - zapierający dech w piersiach. Przed przyjazdem na Islandię nie widziałem czegoś tak wielkiego, tak silnego i stworzonego przez naturę. Spadająca i rozbryzgująca się woda stwarzała coś w rodzaju mgiełki wodnej rozprzestrzenionej kilkadziesiąt metrów w każdą stronę od wodospadu. Jeszcze lepiej obrazuje to następujące zdjęcie:

Wodospad Seljalandsfoss o wysokości 65m

Uwierzcie, że ten wodospad robił olbrzymie wrażenie. Ale to był dopiero przedsmak tego, co zobaczyliśmy dalej. Ten zajmuje trzecie miejsce w mojej ocenie, jednocześnie jest czwartym najwyższym wodospadem na Islandii. Na drugim miejscu plasuje się nieco niższy wodospad Skogafoss. Jest on piątym najwyższym wodospadem Islandii - ma 62 metry, o trzy metry mniej od Seljalandsfoss na zdjęciu powyżej. To coś małego przypominającego człowieka to rzeczywiście człowiek. Swoją drogą to jestem właśnie ja. I proszę porównać moją wielkość (ani karłem ani gigantem nie jestem) z wielkością samego wodospadu:
 
Wodospad Skogafoss o wysokości 62m

Jadąc dalej zajechaliśmy do malutkiej miejscowości Vik by zobaczyć zatokę. Swoją drogą w języku Islandzkim Vik oznacza właśnie zatokę. Jak się okazało - to co zobaczyliśmy było zupełnie czym innym niż to, co widzi się na zdjęciach z Egiptu czy Tunezji. Otóż piasek na plaży był... czarny! Związane jest to z geologią wyspy i pyłami wulkanicznymi. Widok niesamowity.


Vik

 
Stojąc w tym samym miejscu i rozglądając się można poczuć się dość dziwnie. Morze od razu budzi skojarzenia  z żółtym/złotym piaskiem, ciepłem, szumem morskich fal. Tu był tylko szum, piasek przybierał zupełnie inną barwę a temperatura powietrza i wiejący wiatr zdecydowanie oddalały myśli o chociażby zdjęciu czapki z głowy. Poniższe zdjęcie to druga strona tej zatoki.


Vik


Podróżując dalej i bardzo rzadko mijając jakieś domy, a jeszcze rzadziej samochody, dojechaliśmy autostradą do kolejnego ciekawego miejsca. Swoją drogą islandzka autostrada to droga dookoła wyspy o jednym pasie ruchu w każdą stronę. Tym miejscem były pola lawowe (lavafields). Są to formacje związane z erupcjami wulkanicznymi. Te pozostałości obecnie porastają mchem i dają niesamowite wrażenie. Wszystko wygląda jak nie z tej ziemi.

Pola lawowe
Tak wyglądała pierwsza, kilkunastogodzinna część wyprawy która w sumie trwała około tygodnia. Poniżej znajdują się odwołania do kolejnych części relacji zdjęciowej z Islandii:

Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 2
Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 3

sobota, 24 marca 2012

Sezon autostopowy czas zacząć!

Wczoraj jechałem służbowo samochodem z Warszawy do jednej z miejscowości w województwie łódzkim. Po drodze, widząc uniesiony w górę kciuk zjechałem i zabrałem autostopowicza. Jak się okazało, tego samego dnia wieczorem rozpoczynał się ogólnopolski zjazd autostopowiczów w Rybniku. No i jakże by inaczej podróżować na takie spotkanie niż autostopem? Cała impreza oficjalnie nazywa się: "Autostop - początek sezonu autostopowego Rybnik 2012" i więcej informacji można znaleźć chociażby tu. A poniżej znajduje się plakat reklamujący całą imprezę:


Jak informują organizatorzy, obowiązkowe oprzyrządowanie to "duże ilości alkoholu, jedzenie i uśmiechu.:) [ewentualnie jeszcze karimatę, śpiwór i kasę]" więc impreza może być ciekawa. Jeśli ktoś ma jeszcze trochę czasu by wyruszyć na spotkanie do Rybnika - prawdopodobnie warto skorzystać i spędzić kilka zimnych marcowych nocy integrując się z innymi osobami lubiącymi trzymać palec w górze.

Jak się okazało mój pasażer podróżuje tak często autostopem, jak się tylko da. Zwiedził już Czechy, Słowację, Serbię, Chorwację czy Bośnię i Hercegowinę. Ale co mnie zaciekawiło to to, że jeszcze w tym roku wybiera się do Gruzji, Mołdawii i innych miejsc - życie autostopowicza będzie kwitło więc po całości. Jeżdżąc samochodem zabierajcie więc autostopowiczów - bo nas, kierowców to nic nie kosztuje, a osobom podróżującym bardzo uprzyjemnia życie. Pisałem już kiedyś post "Białoruś - raj na ziemi?" gdzie też opisywałem przygody autostopowicza. Warto zatrzymać się i podwieźć chociaż kawałek. O samym autostopie pewnie jeszcze kiedyś napisze więcej, nie mniej na prawie koniec dzisiejszego posta jeszcze piosenka znana chyba przez wszystkich podróżujących z plecakiem i mapą w ręku:


A już na sam koniec kilka szybkich rad:
- najlepiej nie podróżować po zmroku - po ciemku trudniej złapać stopa
- kciuk podnoś w górę w miejscu, gdzie kierowca może cię odpowiednio wcześniej zauważyć i ma gdzie zatrzymać samochód
- nie wyglądaj jak fleja - łatwiej znaleźć stopa wyglądając lepiej
- najgorzej łapie się stopa we dwóch, najłatwiej dziewczynom lub parze
- wskazane jest posiadanie kartki z nazwą miejscowości lub kierunkiem w którym zmierzasz
- uśmiechaj się!