Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Islandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Islandia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 kwietnia 2012

Gdzie i dlaczego chciałbym pojechać.

Dziś będzie trochę marzycielsko. Do tej pory udało mi się odwiedzić chyba z 9 państw, wszystkie w Europie. Tak na prawdę nie poznałem żadnego z nich bardzo dobrze, mimo, że na przykład w Czechach byłem już chyba ponad 20 razy, z czego kilkanaście razy na 7-10 dni. Jest jednak kilka miejsc, które chciałbym jeszcze odwiedzić i do czego się przymierzam.

Źródło: Pinger.pl
Najłatwiejsza do odwiedzenia jest Malta. Ten kraj ma nieco więcej mieszkańców niż Lublin, a jego powierzchnia to około 316 kilometrów kwadratowych. Nie jest duży. To, co mnie ciągnie do tego kraju to to, że jest tam w miarę tanio. Klimat jest śródziemnomorski, jednak ceny nie różnią się znacząco od Polskich. To duży plus biorąc pod uwagę, że na miejscu płaci się w Euro. Malta jest bardzo małym krajem dzięki czemu można by dość dużą jego część zwiedzić w ciągu kilkunastu dni. Aktualnie przymierzam się bardzo powoli do wyjazdu na Maltę. Koszt przelotu z Krakowa w obie strony to wydatek około 250zł w obie strony i nie trzeba rezerwować biletów dużo wcześniej. Dość łatwo jest je znaleźć w tej cenie. Na miejscu najtańszy hostel jaki znalazłem to koszt 8 Euro za dobę. Planuję więc jeszcze przed wakacjami spróbować odwiedzić Maltę. Koszt przelotu, zakwaterowania i wyżywienia dla dwóch osób nie powinien przekroczyć tysiąca złotych za 2-3 noce na wyspie.

Źródło: Venere.com
Teraz coś trudniejszego: Kuba. Od wielu lat marzę, by pojechać na Kubę. Lubię zarówno kubańską muzykę jak i specyficzny styl życia. Stare samochody na ulicach Havany to moje marzenie tak samo, jak zwiedzanie plantacji trzciny cukrowej, podziwianie metod wyrobu cygar czy rumu. Niesamowicie mocno pragnę tam pojechać i wierzę w to, że w ciągu kilku lat uda mi się spędzić tam co najmniej dwa tygodnie. Niestety problemem są bardzo wysokie koszty podróży. Wycieczki z biurami podróży to koszt od 5000zł w górę, koszt samego przelotu to około 3000zł. Do tej pory miałem okazję lecieć do Włoch czy na Islandię, jednak ten koszt to było odpowiednio 250 i 1500zł w obie strony. Za 3000zł na wspomnianej wyżej Malcie można by przeżyć miesiąc, wynajmując przy tym apartament. Koszt przelotu na Kubę niestety przymusowo odracza na razie moją wizytę w tym kraju, jednak nie tracę nadziei i zbieram się do tego. Powoli, aczkolwiek z uporem.

Źródło: Elicriso.it
Ostatnim krajem który chciałbym wymienić, a który zmieściłby się w pierwszej trójce, jest Nauru. Jest to jednocześnie trzeci kraj na świecie pod względem wielkości... ale od końca. Mniejszy jest tylko Watykan i Monako. To wyspiarskie państewko ma tylko 14 000 mieszkańców, czyli jest wielkości małej polskiej miejscowości. Wszyscy oni żyją na powierzchni nieco ponad 20 kilometrów kwadratowych, można by więc w ciągu miesiąca zadeptać chyba każdy metr kwadratowy tej wyspy. Piszę oczywiście w przenośni :). Bardzo interesujące jest to, że w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku istniało tam kilkaset (!) banków. Swoją drogą, jeśli chodzi o gospodarkę - eksportują oni około 600 kilogramów tuńczyków tygodniowo. Jako ekonomistę bardzo interesuje mnie to, jak kraj ten funkcjonuje od środka i bardzo chętnie zobaczył bym to na własne oczy. Niestety tu również barierą jest cena. Koszt przelotu z Polski na Nauru i z powrotem na pewno nie zamknąłby się w kwocie 10 000 złotych. Jest to więc pieśń przyszłości, jednak do tego czasu mogę zdecydowanie podszkolić się z języka naurańskiego.

środa, 11 kwietnia 2012

Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 3

No, czas na kolejną, trzecią, i na razie ostatnią część fotograficznej relacji z wyprawy na Islandię. Na początku chciałbym wam pokazać dwa zdjęcia zrobione właściwie z tego samego miejsca. Miejscem tym był parking dla samochodów wzdłuż drogi którą jechaliśmy. Fiordy jadły nam z ręki:

Fjordy

Fjordy

W jedną z wycieczek wybraliśmy się nad najpotężniejszy wodospad w Europie. Nie jest on co prawda najwyższym wodospadem nawet na Islandii, ale jest to wodospad o największym przepływie wody w całej Europie! Średniorocznie przelewa się tam w ciągu jednej sekundy 193 000 litrów wody, to 11 580 000 litrów w ciągu minuty i 694 800 000 litrów w ciągu godziny. Dalej już nie będę liczył. Oszacowano, że energia wytwarzana przez spadającą wodę to średnio 85 megawatów. Żeby wyprodukować podobną ilość energii trzeba by postawić 85 elektrowni wiatrowych w których wirniki miałyby po 50 metrów długości. Szum spadającej wody był potężny, o wiele potężniejszy niż od opisywanych w części pierwszej wodospadów Seljalandsfoss i Skogafoss.

Wodospad Detifoss

Powiem wam, że w domku który wynajmowaliśmy było niesamowicie. Około 80 metrów kwadratowych, trzy sypialnie, łazienka, salon z aneksem kuchennym. W aneksie była lodówka, zamrażalka, mikrofala, zmywarka, czajnik elektryczny, toster i wiele innych bajerów. W salonie była wieża z zestawem płyt z Islandzką muzyką. Ogólnie dom bardzo wysokiej jakości, ale jak pisałem już kiedyś - płaciliśmy za to grosze. Za 5 osób koszt wynajmu wyniósł nas 150-200zł za dobę (w sumie!). Trochę dzięki znajomości tego miejsca wcześniej przez kolegę który siedział wtedy na Islandii, trochę dzięki jego zdolnościom negocjacyjnym. Wyglądając przez okno z pokoju miałem jednak mniej więcej taki widok:

Gejzery

Po prawej stronie od tych gejzerów znajdował się wygasły wulkan. Wulkan, który zobaczycie na następnym zdjęciu nazywa się Hverfjall lub Hverfell. Ostatnio wybuchł jakieś 2,5 tysiąca lat temu. Wdrapanie się na sam wulkan wcale nie było takie proste, zajęło to sporo czasu i trochę więcej energii. Żeby było ciekawiej, postanowiłem zejść do środka krateru i wejść na szczyt stożka w jego środku. Podpowiem tylko, że Hverfjall ma około kilometra średnicy i z samym zejściem nie było problemu, za to wdrapanie się z powrotem na górę było nie lada osiągnięciem. Tak więc do rzeczy: poniżej zdjęcie wulkanu z jego szczytu oraz zdjęcie z map Google:

Wulkan Hverfjall




Jednym z epizodów naszej wyprawy było odwiedzenie gejzerów. Było to ciekawe zjawisko. Gorąca woda tryskająca w górę, szare bulgoczące błoto, kawałki siarki wokół niektórych gejzerów. Dla oka widok był niesamowicie przyjemny, odwrotnie proporcjonalnie do odczuć nosa. Niestety zapach siarkowodoru był tak silny w niektórych miejscach, że nawet zatkanie ust i nosa rękawem od polaru niewiele dawało. Ale warto było, przynajmniej jest co wspominać.

Gejzery

Również niedaleko od naszego miejsca noclegowego znajduje się jedna z islandzkich elektrowni geotermalnych - Krafla. Jej nazwa pochodzi od czynnego wulkanu o tej właśnie nazwie - ostatnio wybuchał on w 1984 roku. Jest ona jedną z pięciu największych działających na wyspie. Podjeżdżając pod elektrownię zobaczyliśmy... Fiata Pandę z krakowskimi tablicami rejestracyjnymi. W środku konserwy, papier toaletowy - słowem wszystko, czego potrzebuje nowoczesny podróżnik. Teraz to już oficjalne: Polacy są wszędzie. Niestety nad samą elektrownią unosiła się tak gęsta mgła, że nie było fizycznych możliwości zrobienia wielu zdjęć. Jedno z tych które wyszło prezentuje taki oto zbiornik wodny:

Zbiornik wodny w pobliżu elektrowni Krafla

W miejscowości Skogar można odwiedzić muzeum domów torfowych. Właściwie nie są one zbudowane z samego torfu a jedynie nim pokryte, ale wyglądają jakby wychodziły spod ziemi. Dodatkowo w lecie porastają trawą, pięknie się zielenią, więc widok jest niesamowicie przyjemny dla oka. My byliśmy w maju. Jeden z takich torfowych budynków przedstawia ostatnie już w tej serii zdjęcie.


Dom torfowy

Łączny koszt podróży, jak już wcześniej pisałem, wyniósł mnie pomiędzy 2,5 a 3 tysiące złotych. Wliczone są w to bilety lotnicze, alkohol i papierosy (sprzedane na Islandii) ale nie uwzględniłem kosztów zakupu połowy walizki jedzenia. Nie mniej jak na tydzień zwiedzania Islandii, do tego samochodem i z wynajmowaniem domków - chyba nie jest źle. Normalne ceny wycieczek zaczynają się w Polsce od około 2,5 tysiąca, ale Euro. Polecam więc każdemu dobry rekonesans i podróż na własną rękę

Dla przypomnienia - poniżej znajdują się odnośniki do poprzednich dwóch części relacji:

Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 1
Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 2

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 2

Dziś druga część fotograficznej relacji z wyjazdu na Islandię, część pierwszą możecie zobaczyć tu. I od razu, żeby nie być gołosłownym, zamieszczam też poniżej zdjęcie islandzkiej autostrady. Zwróćcie uwagę na jej szerokość i brak pobocza. Jedzie się jednak przyjemnie i nie ma dziur. Polecam też spojrzenie na skały w tle - kilkuset metrowej jeśli nie ponad kilometrowej wysokości. Po drugiej stronie drogi zaraz zaczyna się z kolei gigantyczna przestrzeń słonej wody.

Islandzka autostrada dookoła wyspy

Na Islandii pogoda jest bardzo zmienna. Islandczycy mają takie powiedzenie: jeśli nie podoba Ci się aktualna pogoda to poczekaj kilkanaście minut. I faktycznie, pogoda zmienia się tam w bardzo szybkim tempie. W jednej chwili może być słońce i  tak ciepło, że wystarczy koszulka, chwilę później lub kilka kilometrów dalej wiatr zrywa czapki z głów i kurtka zimowa wydaje się być zdecydowanie za chłodna. Jednak nie tylko klimat się zmienia. W miarę przejazdu zmienia się również krajobraz. Co prawda nie tak szybko, lecz równie drastycznie. Po wschodniej stronie wyspy można na przykład zobaczyć księżycowy krajobraz, pustka.


Pustkowie z lodowcem w tle

Jadąc dalej dojechaliśmy w końcu do jednego z tamtejszych lodowców - Svínafellsjökull. Pierwszy raz widziałem w życiu lodowiec i zrobił on na mnie olbrzymie wrażenie. Lodowiec ten był tak duży, że nie dało się go objąć nie tylko aparatem, ale i wzrokiem. W tej samej okolicy znajduje się również najwyższy szczyt Islandii (Hvannadalshnukur - 2119m n.p.m.) który góruje nad rozpościerającym się dookoła lodowcem. Nad samym lodowcem spędziliśmy chyba ze dwie godziny wsłuchując się hałas pękającego lodu. Przenikliwe i jednocześnie głuche odgłosy wydobywające się nie wiadomo skąd dawały nam informację, że jesteśmy jedynie malutką cząstką tego świata. Potęga natury dawała o sobie znać a gigantyczne jezioro roztopowe u stóp lodowca również imponowało swoją wielkością. Wrażenia niesamowite, nie do opisania. Trzeba tam być i milcząc wsłuchać się w odgłosy natury.


Lodowiec Svínafellsjökull

Pierwszy nocleg spędziliśmy w domku agroturystycznym. Dotarliśmy tam już po zmroku jednak nie było najmniejszych problemów z noclegiem. Domek był spory i miał kilka sypialni. Oczywiście na miejscu Internet, więc można było być na bieżąco ze wszystkimi informacjami ze świata mimo, że miejsce to było delikatnie mówiąc na odludziu. Co ciekawe, następnego dnia rano po przebudzeniu i wyjściu na dwór mogliśmy zobaczyć taki widok:

Renifery pasące się niedaleko domku

Po skończonym podziwianiu reniferów i zjedzeniu śniadania wybraliśmy się by zobaczyć kolejny lodowiec. Właściwie jest to już jezioro do którego spływają wody oraz gigantyczne bryły lodu z roztapiającego się lodowca Vatnajökull. Jezioro to znajduje się kilkaset metrów od ujścia rzeki, wielkie bryły lodu spływają więc do oceanu wraz z wodami jeziora. Całość jest wielka i cały dzień można by spędzić tylko nad tym jeziorem.


Jezioro Jökulsárlón, laguna lodowcowa

Jadąc przez Islandię wielokrotnie zatrzymywaliśmy się by podziwiać tamtejsze zwierzęta. Po pierwsze: owce. Jest ich tam podobno dziesięciokrotnie więcej niż mieszkańców - i jestem w to skłonny uwierzyć. Również pasie się tam wolnym wybiegiem bardzo dużo koni. Na uwagę zawraca też olbrzymia ilość wszelkiego rodzaju ptactwa: gęsi, kaczek i wszystkiego innego co lata, a czego nazwy nie znam. Najciekawsze (poza jednym wyjątkiem do którego jeszcze wrócę) były renifery pasące się w okolicach drogi:


Renifery pasące się w pobliżu drogi

Na uwagę zasługują, jak już wielokrotnie pisałem, spektakularne widoki. Nawet teraz, jak oglądam te zdjęcia budzą się we mnie silne emocje które przeżywałem na miejscu. Ogrom wszystkiego jest na Islandii na prawdę imponujący. Prezentują to chociażby fiordy, które wyglądają tam tak:


Fiordy

Tyle na dziś. Kolejna porcja zdjęć jest dostępna pod następującymi adresami:


Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 1
Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 3

sobota, 7 kwietnia 2012

Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 1

Kilkukrotnie pisałem już o mojej wizycie na Islandii, między innymi pisząc o geoarbitrażu do kraju bogatszego czy o tanim nocowaniu. Do tej pory jednak nie umieszczałem żadnych zdjęć. Czas to nadrobić. W końcu sama opowieść, jak bardzo ciekawą by nie była to i tak nie będzie w stanie oddać tego, co widziały oczy. W związku z powyższym zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć z mojej zeszłorocznej wyprawy na tą piękną wyspę. Dziś pierwsza część.

Wylot miał miejsce na początku maja z warszawskiego lotniska imienia Fryderyka Chopina. Samym świtem wylecieliśmy do Reykjaviku z kolegą moich znajomych - do których lecieliśmy. Przelot trwał około 4 godzin, lecieliśmy liniami Iceland Express. Typowe tanie linie lotnicze, szału nie było ale też nie było na co narzekać. Zaraz po wylądowaniu zostaliśmy przeszukani przez służby lotniska i po otrzymaniu przez towarzysza podróży mandatu za nadmierną ilość alkoholu w bagażu mogliśmy ruszać. Co ciekawe - nie przeszukali nas pod kątem papierosów ale za to szukali nieprzetworzonych wyrobów z mleka czy mięsa których wwóz na teren Islandii jest zabroniony. Po dojechaniu wynajętym samochodem do Reykjaviku i szybkim przepakowaniu ruszyliśmy w podroż dookoła wyspy.

Pierwszy postój w okolicach Reykjaviku

To, co na początku mnie zaskoczyło podczas tego wyjazdu to to, że puste przestrzenie są gigantyczne. Nie ma tak urozmaiconego działaniem człowieka krajobrazu jak w Polsce i jak coś jest, to na całego. Do tego jeszcze wrócę. Kolejnym ciekawym aspektem było to, że na wyspie widzieliśmy mnóstwo wodospadów, chociażby takich jak ten o wysokości ponad 60 metrów:

Wodospad Seljalandsfoss o wysokości 65m

Ale widok ten nie oddaje całego obrazu. Szum spadającej wody był na prawdę głośny. Widok - zapierający dech w piersiach. Przed przyjazdem na Islandię nie widziałem czegoś tak wielkiego, tak silnego i stworzonego przez naturę. Spadająca i rozbryzgująca się woda stwarzała coś w rodzaju mgiełki wodnej rozprzestrzenionej kilkadziesiąt metrów w każdą stronę od wodospadu. Jeszcze lepiej obrazuje to następujące zdjęcie:

Wodospad Seljalandsfoss o wysokości 65m

Uwierzcie, że ten wodospad robił olbrzymie wrażenie. Ale to był dopiero przedsmak tego, co zobaczyliśmy dalej. Ten zajmuje trzecie miejsce w mojej ocenie, jednocześnie jest czwartym najwyższym wodospadem na Islandii. Na drugim miejscu plasuje się nieco niższy wodospad Skogafoss. Jest on piątym najwyższym wodospadem Islandii - ma 62 metry, o trzy metry mniej od Seljalandsfoss na zdjęciu powyżej. To coś małego przypominającego człowieka to rzeczywiście człowiek. Swoją drogą to jestem właśnie ja. I proszę porównać moją wielkość (ani karłem ani gigantem nie jestem) z wielkością samego wodospadu:
 
Wodospad Skogafoss o wysokości 62m

Jadąc dalej zajechaliśmy do malutkiej miejscowości Vik by zobaczyć zatokę. Swoją drogą w języku Islandzkim Vik oznacza właśnie zatokę. Jak się okazało - to co zobaczyliśmy było zupełnie czym innym niż to, co widzi się na zdjęciach z Egiptu czy Tunezji. Otóż piasek na plaży był... czarny! Związane jest to z geologią wyspy i pyłami wulkanicznymi. Widok niesamowity.


Vik

 
Stojąc w tym samym miejscu i rozglądając się można poczuć się dość dziwnie. Morze od razu budzi skojarzenia  z żółtym/złotym piaskiem, ciepłem, szumem morskich fal. Tu był tylko szum, piasek przybierał zupełnie inną barwę a temperatura powietrza i wiejący wiatr zdecydowanie oddalały myśli o chociażby zdjęciu czapki z głowy. Poniższe zdjęcie to druga strona tej zatoki.


Vik


Podróżując dalej i bardzo rzadko mijając jakieś domy, a jeszcze rzadziej samochody, dojechaliśmy autostradą do kolejnego ciekawego miejsca. Swoją drogą islandzka autostrada to droga dookoła wyspy o jednym pasie ruchu w każdą stronę. Tym miejscem były pola lawowe (lavafields). Są to formacje związane z erupcjami wulkanicznymi. Te pozostałości obecnie porastają mchem i dają niesamowite wrażenie. Wszystko wygląda jak nie z tej ziemi.

Pola lawowe
Tak wyglądała pierwsza, kilkunastogodzinna część wyprawy która w sumie trwała około tygodnia. Poniżej znajdują się odwołania do kolejnych części relacji zdjęciowej z Islandii:

Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 2
Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 3

sobota, 17 marca 2012

Tanie nocowanie

Tanie spanie. Jeden z najważniejszych punktów wyjazdów zagranicznych - ale także i krajowych. Wbrew pozorom dziś nie będzie o bezpłatnym nocowaniu u znajomych czy nieznajomych, lecz o hostelach i tanich, ale płatnych noclegach. Spanie w warunkach bezpłatnych nie zawsze jest możliwe, a zapłacenie za nocleg kilkudziesięciu złotych dla bezpieczeństwa i wygody jest często najrozsądniejszym rozwiązaniem.

Pierwszym tanim noclegiem będzie ten, o którym kiedyś pisałem w związku z Islandią. W małej miejscowości (no, jak na Islandię wcale nie takiej małej - około 300 mieszkańców) Reykjahlíð nad jeziorem Mývatn wynajmowaliśmy w 5 osób domek, około 80 metrów kwadratowych - jeśli nie więcej. W domku były trzy sypialnie, łazienka, wielki salon połączony z kuchnią - a tam wszystko: lodówka, zmywarka, telewizor, wieża hi-fi i cała reszta sprzętu agd i rtv. Za cały nocleg zapłaciliśmy między 150 a 200zł, około 35 złotych od osoby za noc - i to wszystko na Islandii! Niestety nie pamiętam w tym momencie dokładnego adresu czy nazwiska osoby od której wynajmowaliśmy domek, jednak ceny na tym poziomie poza sezonem są normalne. Niewiele więcej płaciliśmy za nocleg w domu w stylu "agroturystyki" - wychodząc z domku rano obskakiwały nas małe owieczki a 100 metrów dalej pasły się dzikie renifery. Wystarczy więc poszukać, a Islandia wcale nie okaże się taka droga.

Źródło: http://www.ismennt.is

Innym noclegiem, który dziś opiszę to nocleg we Lwowie. Na Ukrainie niestety warunki są jeszcze zupełnie inne niż w Polsce, ale można w miarę sensownie przenocować. Dosłownie kilka minut piechotą od głównego placu we Lwowie znajduje się Hostel Kosmonaut. Obecnie hostel ten przechodzi remont, ale po zimowej przerwie działanie ma być wznowione. W pokoju kilkunastoosobowym (było nas dwóch + jeszcze jeden gość w tym pokoju) nocleg w całkiem przyzwoitych warunkach kosztował 2 lata temu niecałe 10 euro, dziś jest nieco drożej. Dostępne dla klientów hostelu są kawa, herbata, a możliwe, że dają nawet i śniadanie - zaspaliśmy więc trudno powiedzieć. Jeśli nocleg ma być w hostelu - ten został przeze mnie sprawdzony i mogę polecić. Mówią po angielsku, po naszemu też próbują. No i wyjaśnią co, gdzie, jak i dlaczego. Koszt noclegu jest oczywiście wyższy, niż w kwaterach prywatnych. Pamiętam, jak kiedyś nocowałem we Lwowie w mieszkaniu emerytowanego nauczyciela fizyki i matematyki, pół godziny drogi piechotą od centrum. Nocleg kosztował 7 czy 8 złotych, ale śpiwór trzeba było mieć własny. No i warunki nie były rewelacyjne, ale opowieści osoby goszczącej - super.

Źródło: http://www.joaoleitao.com

No i jeszcze Budapeszt - wbrew pozorom łatwo znaleźć tam tani nocleg. Osobiście byłem tam tylko raz, na kilkanaście godzin, z czego połowę spędziliśmy śpiąc. Jechaliśmy akurat samochodem, był już późny wieczór i zajechaliśmy do pierwszego napotkanego hotelu. Przy głównej drodze, szybki dojazd do centrum. Nocleg za 3 osoby z łazienką w pokoju kosztował nas około 43 euro - wcale nie tak drogo, ale w Budapeszcie można znaleźć noclegi co najmniej o połowę tańsze. Oczywiście w hostelach. Warunki były całkiem przyzwoite - no i łazienka dostępna w pokoju, zamiast na korytarzu (jak we Lwowie) chociaż też dzielona ze współspaczami z pokoju (jak w przypadku Islandii).

Im dalej na południe tym noclegi tańsze. W całej Serbii przy autostradzie widać tablice z ogłoszeniami o noclegach za 10 euro, w Macedonii też bez problemów w tej cenie można się przespać. Można więc uznać, że w większości krajów rozwijających się lub próbujących, 10 euro jest stawką wystarczającą do przenocowania. Oczywiście koszt w Norwegii może okazać się o wiele większy, jednak przykład Islandii daje szansę na znalezienie czegoś tańszego. Słyszałem na przykład o hostelu w Edynburgu, w którym za 2h pomocy przy sprzątaniu masz nocleg za darmo. Warto więc przed wyjazdem poświęcić kilka minut i znaleźć tani i dobry nocleg.


niedziela, 29 stycznia 2012

Geoarbitraż do kraju bogatszego?

No właśnie, chciałbym dziś poruszyć ten temat. Bo zasadniczo definicja geoarbitrażu polega na tym, że zarabiamy w kraju bogatszym (lub mamy dochód pasywny) a wydajemy w kraju tańszym. A co by było gdybyśmy zarabiali w kraju biedniejszym a wydawali w kraju bogatszym?

To co napisałem jest mocno przewrotne, bo jest sprzeczne z tym na czym geoarbitraż polegać powinien. No ale spróbujmy. Jakiś czas temu byłem na Islandii, jakiś miesiąc przed "mocnym sezonem" - kiedy to ceny są dużo wyższe bo wyspę odwiedzają turyści z całego świat. Wtedy właśnie przez miesiąc czy dwa pogoda jest najładniejsza, ceny najwyższe no i oczywiście turystów jest najwięcej. To nas jednak nie interesuje. Interesuje nas to, co się tam dzieje poza tym czasem, a jest to bardzo ciekawe: otóż domki, pokoje w pensjonatach czy w agroturystyce można wynająć niesamowicie tanio jak na tamtejsze warunki, ceny są zbliżone lub nawet niższe niż te w u nas w kraju a warunki są o niebo lepsze. Jako przykład mogę podać jeden domek który wynajmowaliśmy w 5 osób - kosztował nie więcej niż 200zł za dobę (na 5 osób!; o ile dobrze pamiętam to kwota ta wyniosła około 150zł), był nowy, miał chyba ze 100m2, 3 pokoje, łazienkę z ciepłą wodą prosto spod ziemi, kilkudziesięciometrowy salon z aneksem kuchennym a tam telewizor, wieża, zmywarka, lodówka, mikrofalówka i wszystkie inne rzeczy których w Polsce w takim domku nie uświadczysz. Widok przez okno tak piękny, że chce się siedzieć i kontemplować przyrodę przy niemal zerowych odgłosach cywilizacyjnych.

Przy wynajmie na jakiś miesiąc myślę, że z właścicielem można by się dogadać na cenę około 100zł za dobę (poza sezonem), co nawet przy trzech osobach dałoby kwotę 1000zł za miesiąc - a są to ceny za jakie nierzadko wynajmuje się w Warszawie pokój wielkości kilkunastu metrów. Jedzenie - wiadomo, droższe niż w kraju. Alkohol - piwo w sklepie (jest tyskie, jest żywiec) to około 8zł za puszkę, 0,7l żubrówki kosztuje około 120-130zł a najtańsze wino - 3l białego wina stołowego z kartonu to 85zł. Papierosy - dużo droższe niż u nas. Ale jeśli ktoś jest w stanie zarabiać powyżej 5000zł miesięcznie niezależnie od miejsca zamieszkania - może zdecydowanie próbować spędzić tam jakiś czas, jest przepięknie i na pewno będzie żył lepiej i spokojniej niż w Warszawie. Wszystko o czym piszę nie dotyczy oczywiście Reykjaviku a mniejszych i spokojniejszych miejscowości. No i oczywiście najważniejszy jest koszt przelotu - około 1500zł w obie strony.

Żeby jednak być w pełni szczerym - pogoda tam potrafi się zmieniać niesamowicie szybko i powiedzenie mówiące o tym, że w ciągu jednego dnia można przeżyć tam 4 pory roku jest zdecydowanie prawdziwe. Jadąc samochodem można to przeżyć nawet w godzinę. Ale czy nie chcielibyście wychodząc rano przed domek, zaraz po przebudzeniu, z kubkiem gorącej kawy w dłoni obserwować jak jakieś sto metrów dalej pasą się renifery?

poniedziałek, 28 listopada 2011

Ogórki kiszone

Przewrotny tytuł dzisiejszego posta jest dość istotny z punktu widzenia relokacji. Jedzenie. Trzeba zwrócić na to uwagę i piszę to całkiem serio. Jedzenie w innych krajach jest najczęściej inne niż w naszym kraju i ogórków kiszonych raczej w Meksyku czy Indonezji nie dostaniemy. Z rozmów ze znajomymi wynika, że najczęściej brakuje im:

- ogórków kiszonych
- pierogów ruskich
- polskich słodyczy
- białego sera
- "normalnej" kiełbasy
- polskiego alkoholu

Przyzwyczajenia smakowe przy relokacji stają się problemowe - o ile w jakiś magiczny sposób można próbować zrobić samemu biały ser czy kiełbasę to wymaga to niesamowicie większych kosztów i mnóstwa czasu niż na ich "załatwienie" w Polsce. Całe szczęście tu pomocą służą znajomi którzy od czasu do czasu nas odwiedzając mogą przywieźć niewielką wałówkę. Należy też pamiętać, że podobne problemy pojawią się przy powrocie do Polski lub przy kolejnej relokacji. Na Islandii na przykład są wyśmienite czekolady i inne słodycze (a jak ktoś uwielbia lukrecje to istny raj), w Macedonii typowe śniadanie na kaca to burek a z Czech mi osobiście zawsze brakuje piwa. Poza Europą są charakterystyczne dania, przyprawy czy owoce które jeśli nam posmakują sprawią, że po wyjeździe będziemy za nimi tęsknić. Biorąc pod uwagę dłuższą relokację trzeba więc uwzględnić tak wydawałoby się głupie sprawy i zawsze brać ze sobą słoik ogórków kiszonych w zapasie.