Ostatnio zauważyłem wzmożony ruch na stronie z jednego źródła. jak się okazało, ta strona którą właśnie przeglądasz została dodana do agregatora blogów finansowych. Fakt ten cieszy niezmiernie, gdyż stało się to bez mojej wiedzy i bez mojego udziału. Teraz więc grono czytelników mojego blogu o geoarbitrażu powiększy się o kolejnych nowych czytelników.
Kolejną niespodzianką jest to, że blog działa teraz pod adresem www.geoarbitraz.pl! Po walce z bloggerem o zmianę domeny i przejrzeniu z 10 stron opisujących jak to zrobić - udało się!
I z okazji świąt życzę każdemu wyprawę na Wyspy Wielkanocne! :)
Blog opisujący jak zarabiać w Polsce i żyć jak w raju dzięki różnicom kosztów życia.
niedziela, 8 kwietnia 2012
sobota, 7 kwietnia 2012
Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 1
Kilkukrotnie pisałem już o mojej wizycie na Islandii, między innymi pisząc o geoarbitrażu do kraju bogatszego czy o tanim nocowaniu. Do tej pory jednak nie umieszczałem żadnych zdjęć. Czas to nadrobić. W końcu sama opowieść, jak bardzo ciekawą by nie była to i tak nie będzie w stanie oddać tego, co widziały oczy. W związku z powyższym zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć z mojej zeszłorocznej wyprawy na tą piękną wyspę. Dziś pierwsza część.
Wylot miał miejsce na początku maja z warszawskiego lotniska imienia Fryderyka Chopina. Samym świtem wylecieliśmy do Reykjaviku z kolegą moich znajomych - do których lecieliśmy. Przelot trwał około 4 godzin, lecieliśmy liniami Iceland Express. Typowe tanie linie lotnicze, szału nie było ale też nie było na co narzekać. Zaraz po wylądowaniu zostaliśmy przeszukani przez służby lotniska i po otrzymaniu przez towarzysza podróży mandatu za nadmierną ilość alkoholu w bagażu mogliśmy ruszać. Co ciekawe - nie przeszukali nas pod kątem papierosów ale za to szukali nieprzetworzonych wyrobów z mleka czy mięsa których wwóz na teren Islandii jest zabroniony. Po dojechaniu wynajętym samochodem do Reykjaviku i szybkim przepakowaniu ruszyliśmy w podroż dookoła wyspy.
To, co na początku mnie zaskoczyło podczas tego wyjazdu to to, że puste przestrzenie są gigantyczne. Nie ma tak urozmaiconego działaniem człowieka krajobrazu jak w Polsce i jak coś jest, to na całego. Do tego jeszcze wrócę. Kolejnym ciekawym aspektem było to, że na wyspie widzieliśmy mnóstwo wodospadów, chociażby takich jak ten o wysokości ponad 60 metrów:
Ale widok ten nie oddaje całego obrazu. Szum spadającej wody był na prawdę głośny. Widok - zapierający dech w piersiach. Przed przyjazdem na Islandię nie widziałem czegoś tak wielkiego, tak silnego i stworzonego przez naturę. Spadająca i rozbryzgująca się woda stwarzała coś w rodzaju mgiełki wodnej rozprzestrzenionej kilkadziesiąt metrów w każdą stronę od wodospadu. Jeszcze lepiej obrazuje to następujące zdjęcie:
Uwierzcie, że ten wodospad robił olbrzymie wrażenie. Ale to był dopiero przedsmak tego, co zobaczyliśmy dalej. Ten zajmuje trzecie miejsce w mojej ocenie, jednocześnie jest czwartym najwyższym wodospadem na Islandii. Na drugim miejscu plasuje się nieco niższy wodospad Skogafoss. Jest on piątym najwyższym wodospadem Islandii - ma 62 metry, o trzy metry mniej od Seljalandsfoss na zdjęciu powyżej. To coś małego przypominającego człowieka to rzeczywiście człowiek. Swoją drogą to jestem właśnie ja. I proszę porównać moją wielkość (ani karłem ani gigantem nie jestem) z wielkością samego wodospadu:
Jadąc dalej zajechaliśmy do malutkiej miejscowości Vik by zobaczyć zatokę. Swoją drogą w języku Islandzkim Vik oznacza właśnie zatokę. Jak się okazało - to co zobaczyliśmy było zupełnie czym innym niż to, co widzi się na zdjęciach z Egiptu czy Tunezji. Otóż piasek na plaży był... czarny! Związane jest to z geologią wyspy i pyłami wulkanicznymi. Widok niesamowity.
Stojąc w tym samym miejscu i rozglądając się można poczuć się dość dziwnie. Morze od razu budzi skojarzenia z żółtym/złotym piaskiem, ciepłem, szumem morskich fal. Tu był tylko szum, piasek przybierał zupełnie inną barwę a temperatura powietrza i wiejący wiatr zdecydowanie oddalały myśli o chociażby zdjęciu czapki z głowy. Poniższe zdjęcie to druga strona tej zatoki.
Podróżując dalej i bardzo rzadko mijając jakieś domy, a jeszcze rzadziej samochody, dojechaliśmy autostradą do kolejnego ciekawego miejsca. Swoją drogą islandzka autostrada to droga dookoła wyspy o jednym pasie ruchu w każdą stronę. Tym miejscem były pola lawowe (lavafields). Są to formacje związane z erupcjami wulkanicznymi. Te pozostałości obecnie porastają mchem i dają niesamowite wrażenie. Wszystko wygląda jak nie z tej ziemi.
Tak wyglądała pierwsza, kilkunastogodzinna część wyprawy która w sumie trwała około tygodnia. Poniżej znajdują się odwołania do kolejnych części relacji zdjęciowej z Islandii:
Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 2
Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 3
Wylot miał miejsce na początku maja z warszawskiego lotniska imienia Fryderyka Chopina. Samym świtem wylecieliśmy do Reykjaviku z kolegą moich znajomych - do których lecieliśmy. Przelot trwał około 4 godzin, lecieliśmy liniami Iceland Express. Typowe tanie linie lotnicze, szału nie było ale też nie było na co narzekać. Zaraz po wylądowaniu zostaliśmy przeszukani przez służby lotniska i po otrzymaniu przez towarzysza podróży mandatu za nadmierną ilość alkoholu w bagażu mogliśmy ruszać. Co ciekawe - nie przeszukali nas pod kątem papierosów ale za to szukali nieprzetworzonych wyrobów z mleka czy mięsa których wwóz na teren Islandii jest zabroniony. Po dojechaniu wynajętym samochodem do Reykjaviku i szybkim przepakowaniu ruszyliśmy w podroż dookoła wyspy.
| Pierwszy postój w okolicach Reykjaviku |
To, co na początku mnie zaskoczyło podczas tego wyjazdu to to, że puste przestrzenie są gigantyczne. Nie ma tak urozmaiconego działaniem człowieka krajobrazu jak w Polsce i jak coś jest, to na całego. Do tego jeszcze wrócę. Kolejnym ciekawym aspektem było to, że na wyspie widzieliśmy mnóstwo wodospadów, chociażby takich jak ten o wysokości ponad 60 metrów:
| Wodospad Seljalandsfoss o wysokości 65m |
Ale widok ten nie oddaje całego obrazu. Szum spadającej wody był na prawdę głośny. Widok - zapierający dech w piersiach. Przed przyjazdem na Islandię nie widziałem czegoś tak wielkiego, tak silnego i stworzonego przez naturę. Spadająca i rozbryzgująca się woda stwarzała coś w rodzaju mgiełki wodnej rozprzestrzenionej kilkadziesiąt metrów w każdą stronę od wodospadu. Jeszcze lepiej obrazuje to następujące zdjęcie:
| Wodospad Seljalandsfoss o wysokości 65m |
Uwierzcie, że ten wodospad robił olbrzymie wrażenie. Ale to był dopiero przedsmak tego, co zobaczyliśmy dalej. Ten zajmuje trzecie miejsce w mojej ocenie, jednocześnie jest czwartym najwyższym wodospadem na Islandii. Na drugim miejscu plasuje się nieco niższy wodospad Skogafoss. Jest on piątym najwyższym wodospadem Islandii - ma 62 metry, o trzy metry mniej od Seljalandsfoss na zdjęciu powyżej. To coś małego przypominającego człowieka to rzeczywiście człowiek. Swoją drogą to jestem właśnie ja. I proszę porównać moją wielkość (ani karłem ani gigantem nie jestem) z wielkością samego wodospadu:
| Wodospad Skogafoss o wysokości 62m |
Jadąc dalej zajechaliśmy do malutkiej miejscowości Vik by zobaczyć zatokę. Swoją drogą w języku Islandzkim Vik oznacza właśnie zatokę. Jak się okazało - to co zobaczyliśmy było zupełnie czym innym niż to, co widzi się na zdjęciach z Egiptu czy Tunezji. Otóż piasek na plaży był... czarny! Związane jest to z geologią wyspy i pyłami wulkanicznymi. Widok niesamowity.
| Vik |
Stojąc w tym samym miejscu i rozglądając się można poczuć się dość dziwnie. Morze od razu budzi skojarzenia z żółtym/złotym piaskiem, ciepłem, szumem morskich fal. Tu był tylko szum, piasek przybierał zupełnie inną barwę a temperatura powietrza i wiejący wiatr zdecydowanie oddalały myśli o chociażby zdjęciu czapki z głowy. Poniższe zdjęcie to druga strona tej zatoki.
| Vik |
Podróżując dalej i bardzo rzadko mijając jakieś domy, a jeszcze rzadziej samochody, dojechaliśmy autostradą do kolejnego ciekawego miejsca. Swoją drogą islandzka autostrada to droga dookoła wyspy o jednym pasie ruchu w każdą stronę. Tym miejscem były pola lawowe (lavafields). Są to formacje związane z erupcjami wulkanicznymi. Te pozostałości obecnie porastają mchem i dają niesamowite wrażenie. Wszystko wygląda jak nie z tej ziemi.
| Pola lawowe |
Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 2
Fotograficzna relacja z wyjazdu na Islandię część 3
czwartek, 5 kwietnia 2012
Jak najtaniej wymienić waluty
Częstym problemem podczas wyjazdów zagranicznych jest wymiana walut. Jest to również ważne podczas osiągania zarobków w innej walucie niż ponoszenie wydatków. Przez długi czas jedynym sensownym rozwiązaniem była wymiana walut w kantorach. Powodowało to wiele problemów i konieczności pilnowania kursów. Niedawno widziałem w Warszawie ofertę sprzedaży euro po 4,14zł i kupna - w tym samym kantorze - po 3zł. Niezła przebitka dla właściciela kantoru. Jeszcze do niedawna należało się więc mocno pilnować.
Od jakiegoś czasu w naszym kraju pojawiły się kantory internetowe - takie jak Walutomat.pl ; czy Cinkciarz.pl. Dzięki takim serwisom jeśli posiadamy konta walutowe to możemy wymieniać waluty obce na złotówki i odwrotnie po kursach znacząco lepszych niż te w kantorach tradycyjnych. Często wolumen obrotu to już miliony złotych dziennie, więc rynek jest w miarę płynny i skutecznie można wymieniać nawet spore kwoty. Dodatkowy zysk wiąże się tutaj z mniejszym spreadem walutowym, a prowizja potrącana przez kantory internetowe jest zdecydowanie niższa niż ta, wliczona w spread kantorów tradycyjnych. Dużą zaletą jest to, że wymianą nie są objęte jedynie najbardziej popularne waluty - jak dolar czy euro, wymieniać można też te mniej popularne jak korona szwedzka czy korona czeska.
Osiąganie dochodów za granicą może więc stać się nieco bardziej efektywne z braku konieczności fizycznego obrotu pieniędzmi. Ponadto kantory internetowe oferują kursy lepsze od kursów zawartych w tabelach bankowych. Jest to więc sensowne rozwiązanie dla osób chcących otrzymać złotówki. Ale z drugiej strony, jest to również dobre rozwiązanie dla osób potrzebujących walut. Kupując waluty obce w kantorze internetowym możemy ponieść niższe koszty niż w kantorach tradycyjnych. Jest to dobre rozwiązanie dla osób utrzymujących kontakty prywatne bądź niewielkie handlowe z partnerami za granicą. Także wybierając się na zakupy, na przykład do Londynu czy Nowego Jorku możemy taniej kupić funty bądź dolary amerykańskie i zawsze zostawić kilka złotych w kieszeni.
Kantory internetowe w mojej ocenie wpisują się w trend mikrofinansów, mocno rozwijający się na świecie i powoli także i w naszym kraju. Częścią mikrofinansow są mikropożyczki, mikroubezpieczenia, mikropłatności i inne. Mikropłatności mogą być wdrażane nawet na małych stronach dzięki firmom chociażby takim jak PayU, mikropożyczki to przede wszystkim social lending i niewielkie kwotowo pożyczki i kredyty oferowane przez banki - najczęściej w związku z podejmowaniem nowej działalności gospodarczej. Problemem prawnym póki co jest brak możliwości zakładania firm mikroubezpieczeniowych - co prawda polskim prawem dozwolone jest tworzenie małych towarzystw ubezpieczeń wzajemnych, jednak ich tworzenie jest trudne i do tej pory powstała tylko jedna taka instytucja.
Kantory internetowe w naszym kraju stały się już sporą częścią rynku. Zakładanie kolejnych takich instytucji raczej nie ma sensu, trzeba by przeznaczyć wielkie środki finansowe na promocję by móc spróbować odnieść sukces. Jeśli jednak mieszkamy w innym kraju niż Polska gdzie nie ma tego typu usług, a mamy smykałkę do biznesu i/lub zdolności informatyczne - możemy spróbować przy współpracy z lokalnymi partnerami wdrożyć tego typu usługi. Wymiana walut w tym systemie również może przynosić zyski a jest o wiele mniej ryzykowna niż chociażby lewarowanie na rynku Forex. Podejrzewam, że w najbliższych latach tego typu działalność może być wspierana przez instytucje ponadnarodowe, ze względu na ograniczanie ryzyka. Dlatego warto zajrzeć na strony typu Walutomat.pl bo w przyszłości to tam może skupić się większość obrotu walutowego poza Forexem.
Od jakiegoś czasu w naszym kraju pojawiły się kantory internetowe - takie jak Walutomat.pl ; czy Cinkciarz.pl. Dzięki takim serwisom jeśli posiadamy konta walutowe to możemy wymieniać waluty obce na złotówki i odwrotnie po kursach znacząco lepszych niż te w kantorach tradycyjnych. Często wolumen obrotu to już miliony złotych dziennie, więc rynek jest w miarę płynny i skutecznie można wymieniać nawet spore kwoty. Dodatkowy zysk wiąże się tutaj z mniejszym spreadem walutowym, a prowizja potrącana przez kantory internetowe jest zdecydowanie niższa niż ta, wliczona w spread kantorów tradycyjnych. Dużą zaletą jest to, że wymianą nie są objęte jedynie najbardziej popularne waluty - jak dolar czy euro, wymieniać można też te mniej popularne jak korona szwedzka czy korona czeska.
Osiąganie dochodów za granicą może więc stać się nieco bardziej efektywne z braku konieczności fizycznego obrotu pieniędzmi. Ponadto kantory internetowe oferują kursy lepsze od kursów zawartych w tabelach bankowych. Jest to więc sensowne rozwiązanie dla osób chcących otrzymać złotówki. Ale z drugiej strony, jest to również dobre rozwiązanie dla osób potrzebujących walut. Kupując waluty obce w kantorze internetowym możemy ponieść niższe koszty niż w kantorach tradycyjnych. Jest to dobre rozwiązanie dla osób utrzymujących kontakty prywatne bądź niewielkie handlowe z partnerami za granicą. Także wybierając się na zakupy, na przykład do Londynu czy Nowego Jorku możemy taniej kupić funty bądź dolary amerykańskie i zawsze zostawić kilka złotych w kieszeni.
| Źródło: finansierra.pl |
Kantory internetowe w mojej ocenie wpisują się w trend mikrofinansów, mocno rozwijający się na świecie i powoli także i w naszym kraju. Częścią mikrofinansow są mikropożyczki, mikroubezpieczenia, mikropłatności i inne. Mikropłatności mogą być wdrażane nawet na małych stronach dzięki firmom chociażby takim jak PayU, mikropożyczki to przede wszystkim social lending i niewielkie kwotowo pożyczki i kredyty oferowane przez banki - najczęściej w związku z podejmowaniem nowej działalności gospodarczej. Problemem prawnym póki co jest brak możliwości zakładania firm mikroubezpieczeniowych - co prawda polskim prawem dozwolone jest tworzenie małych towarzystw ubezpieczeń wzajemnych, jednak ich tworzenie jest trudne i do tej pory powstała tylko jedna taka instytucja.
Kantory internetowe w naszym kraju stały się już sporą częścią rynku. Zakładanie kolejnych takich instytucji raczej nie ma sensu, trzeba by przeznaczyć wielkie środki finansowe na promocję by móc spróbować odnieść sukces. Jeśli jednak mieszkamy w innym kraju niż Polska gdzie nie ma tego typu usług, a mamy smykałkę do biznesu i/lub zdolności informatyczne - możemy spróbować przy współpracy z lokalnymi partnerami wdrożyć tego typu usługi. Wymiana walut w tym systemie również może przynosić zyski a jest o wiele mniej ryzykowna niż chociażby lewarowanie na rynku Forex. Podejrzewam, że w najbliższych latach tego typu działalność może być wspierana przez instytucje ponadnarodowe, ze względu na ograniczanie ryzyka. Dlatego warto zajrzeć na strony typu Walutomat.pl bo w przyszłości to tam może skupić się większość obrotu walutowego poza Forexem.
wtorek, 3 kwietnia 2012
Social lending
Od kilku lat popularność na świecie zdobywa social lending. Oczywiście jak w przypadku branży internetowej - szybki rozwój social lending pojawił się też w naszym kraju. Pożyczki społeczne, pożyczki społecznościowe, p2p lending i peer-to-peer lending to inne nazwy tego zjawiska. Ale czym jest sam social lending? Opiera się on na prostym założeniu: potrzebuję pożyczki więc wystawiam aukcję, na której prezentuję swoją ofertę. Na przykład 5000zł na 12 miesięcy, oferuję 15% w skali roku. Jeśli jakąś osobę zainteresuje moja oferta - może mi pożyczyć jakąś kwotę. Jeśli takich osób będzie więcej i łącznie będą w stanie pożyczyć mi kwotę której potrzebuję - pożyczę tyle, ile mi potrzeba. Taki jest schemat działania w bardzo dużym skrócie.
Między pożyczkodawcami a pożyczkobiorcami musi dojść oczywiście do interakcji. Muszą się spotkać w jakimś miejscu. Takim miejscem są portale pośredniczące w udzielaniu pożyczek i pożyczaniu pieniędzy. Nie robią one tego za darmo - pobierane są różnego rodzaju opłaty. Takie opłaty to koszty weryfikacji - na przykład dowodu osobistego, zatrudnienia, rachunku bankowego; koszty uzależnione od sukcesu - jeśli pożyczka zostanie zrealizowana portal pobierze na przykład 1% od kwoty pożyczki. Innym rodzajem opłat są koszty promowania aukcji czy inne dodatkowe, uzależnione wyłącznie od modelu działania serwisu social lending.
Dlaczego postanowiłem napisać o pożyczkach społecznościowych? A no dlatego, że jest to ciekawy sposób zdalnego zarabiania pieniędzy. Ale uwaga! Nie jest to sposób na gwarantowane zarobienie pieniędzy, z inwestowaniem w ten sposób wiąże się ryzyko utraty zainwestowanych pieniędzy i wymagana jest spora wiedza i duże umiejętności by móc z sukcesem zarabiać pieniądze na pożyczkach społecznościowych. Jeśli posiadasz już wiedzę i jesteś w stanie akceptować ryzyko - można spróbować zainwestować pieniądze. No i tu jest najważniejszy punkt - musisz posiadać pieniądze, które możesz przeznaczyć na inwestowanie w pożyczki społecznościowe. Następnym krokiem jest wybranie odpowiedniej strategii inwestowania i wyszukiwanie najbardziej zaufanych w naszej ocenie pożyczkobiorców. Prawidłowe wybranie pożyczkobiorcy jest bardzo trudnym zadaniem, ale dzięki dogłębnej analizie możemy zmniejszyć ryzyko strat a zwiększyć prawdopodobieństwo zarobienia pieniędzy.
Cały temat jest tak szeroki, że nie wystarczyłoby pewnie i 20 postów by go opisać. Nie mniej pożyczki społecznościowe są ciekawym sposobem na dorobienie kilku złotych, jeśli posiadamy odpowiednią wiedzę. Ryzyko straty jest niższe niż gra na Forexie ale jednocześnie dużo wyższe niż na lokacie czy nawet funduszu inwestycyjnym. Dodatkowo absorbuje nasz czas i wymaga kontrolowania spłacalności pożyczek. Daje jednak szansę na kilkunastoprocentowe zyski (w skali roku). Poniżej znajdują się linki do kilku najważniejszych serwisów pożyczek społecznościowych w naszym kraju - można zapoznać się z ich ofertą. Należy jednak pamiętać, że pożyczki społecznościowe wymagają dużo wiedzy i im więcej jej zdobędziemy tym prawdopodobne jest odniesienie większego sukcesu finansowego.
Pożyczki społecznościowe mogą też być szybkim sposobem na podratowanie budżetu podczas podróży czy w innym przypadku, osobiście jednak nie polecam zaciągania jakichkolwiek zobowiązań stricte konsumpcyjnych. Nie tylko przez serwisy social lending, ale również i w bankach. Przejadanie nie swoich pieniędzy nigdy nie prowadzi do niczego dobrego (no, poza podatkami wpływającymi do budżetu państwa ;) ), czasem można jednak zaciągnąć kredyt inwestycyjny - jeśli jesteśmy pewni zarobku. To jednak kolejny bardzo szeroki temat, już nie na dziś.Najważniejsze serwisy social lending w Polsce:
- kokos.pl
- zakra.pl
- pożycz.pl
- finansowo.pl
- sekrata.pl
niedziela, 1 kwietnia 2012
67 lat
Bardzo głośno ostatnio w naszym kraju o podniesieniu wieku emerytalnego. Cała dyskusja powinna być poważna ze względu na bardzo istotny problem jakim jest starzenie się społeczeństwa. Niestety wszystko wygląda dużo inaczej jeśli się spojrzy na to z boku. Wygląda to tak, jakby duża część społeczeństwa walczyła o coś, o czym nie ma pojęcia - tylko dla zasady. Wiek emerytalny w naszym kraju dla kobiet póki co wynosi jeszcze 60 lat. Biorąc pod uwagę średnią długość życia dla kobiet - obecnie około 80 lat oraz fakt, że coraz dłuższą część młodości poświęcamy na edukację wchodzi, że kobieta będzie pracowała 35 lat a przez 45 lat będzie utrzymywana przez system społeczny. W przypadku mężczyzn wynik ten jest inny - ale tylko ze względu na wyższy wiek przejścia na emeryturę i krótszy czas życia.
System emerytalny kraju, którego większość społeczeństwa dąży do przejścia na emeryturę jak najszybciej nie wytrzyma zbyt długo. A u nas bardzo duża grupa ludzi chce doczekać emerytury i jak najszybciej leżeć do góry brzuchem przed telewizorem. Oczywiście, kopanie rowów przez 40 lat łopatą jest bardzo obciążające fizycznie, ale teraz sporą część prac przejmują maszyny i ogólnie rzecz ujmując obciążenie organizmów jest niższe niż kiedyś. Dlaczego więc w pełni zdolni do pracy ludzie mają siedzieć w domu? Znam osobiście nie jedną osobę po 65 roku życia która w domu by nie usiedziała i staraja się za wszelką cenę o dodatkową pracę. I to nie ze względów finansowych ale ze względu na faktyczną chęć pracy i deklarację typu: "jakbym miała siedzieć w domu to bym się zanudziła na śmierć". Jedna osoba poza emeryturą pracuje jeszcze na dwóch czy trzech stanowiskach i ma więcej energii oraz doświadczenia niż większość moich dwudziestokilkuletnich znajomych. Dlaczego więc taka osoba ma nie pracować? Niech pracuje!
Cały problem z emeryturami opiera się na ich historycznym pochodzeniu. Już w starożytnym Rzymie istniało coś w stylu emerytur - odprawy przekazywane byłym wojskowym. Dzięki temu dbano o militarne zabezpieczenie kraju. Jednak dopiero w 1880 roku powstały emerytury nie związane z wojskiem. Wprowadzone zostały przez Otto von Bismarck'a. I wszystko byłoby super, gdyby nie porównanie tego systemu z naszym, aktualnym. U Bismarcka na emeryturę przechodziło się w wieku 70 lat przy czym składki zaczynano płacić już w wieku kilkunastu lat. Średnia długość życia wynosiła wtedy około 45 lat (ze względu na dużą śmiertelność niemowląt). Ale jednocześnie szybki wzrost populacji ze względu na wysoką dzietność powodował, że system emerytalny miał rację bytu. Aktualnie w naszym kraju przyrost naturalny jest ujemny, więc Bismarck'owski system emerytalny nie ma racji bytu. Dlatego stworzono reformę systemu wprowadzającą III filary ubezpieczenia emerytalnego:
| Źródło: zyciena100procent.pl |
System emerytalny kraju, którego większość społeczeństwa dąży do przejścia na emeryturę jak najszybciej nie wytrzyma zbyt długo. A u nas bardzo duża grupa ludzi chce doczekać emerytury i jak najszybciej leżeć do góry brzuchem przed telewizorem. Oczywiście, kopanie rowów przez 40 lat łopatą jest bardzo obciążające fizycznie, ale teraz sporą część prac przejmują maszyny i ogólnie rzecz ujmując obciążenie organizmów jest niższe niż kiedyś. Dlaczego więc w pełni zdolni do pracy ludzie mają siedzieć w domu? Znam osobiście nie jedną osobę po 65 roku życia która w domu by nie usiedziała i staraja się za wszelką cenę o dodatkową pracę. I to nie ze względów finansowych ale ze względu na faktyczną chęć pracy i deklarację typu: "jakbym miała siedzieć w domu to bym się zanudziła na śmierć". Jedna osoba poza emeryturą pracuje jeszcze na dwóch czy trzech stanowiskach i ma więcej energii oraz doświadczenia niż większość moich dwudziestokilkuletnich znajomych. Dlaczego więc taka osoba ma nie pracować? Niech pracuje!
Cały problem z emeryturami opiera się na ich historycznym pochodzeniu. Już w starożytnym Rzymie istniało coś w stylu emerytur - odprawy przekazywane byłym wojskowym. Dzięki temu dbano o militarne zabezpieczenie kraju. Jednak dopiero w 1880 roku powstały emerytury nie związane z wojskiem. Wprowadzone zostały przez Otto von Bismarck'a. I wszystko byłoby super, gdyby nie porównanie tego systemu z naszym, aktualnym. U Bismarcka na emeryturę przechodziło się w wieku 70 lat przy czym składki zaczynano płacić już w wieku kilkunastu lat. Średnia długość życia wynosiła wtedy około 45 lat (ze względu na dużą śmiertelność niemowląt). Ale jednocześnie szybki wzrost populacji ze względu na wysoką dzietność powodował, że system emerytalny miał rację bytu. Aktualnie w naszym kraju przyrost naturalny jest ujemny, więc Bismarck'owski system emerytalny nie ma racji bytu. Dlatego stworzono reformę systemu wprowadzającą III filary ubezpieczenia emerytalnego:
- I filar – Fundusz Ubezpieczeń Społecznych obsługiwany przez ZUS,
- II filar – Otwarty fundusz emerytalny (OFE),
- III filar – Indywidualne konto emerytalne (IKE)
| Źródło: polipolis.pl |
Subskrybuj:
Posty (Atom)